Ekologia a feminizm czyli czy p. Badinter ma rację głosząc, że ekologia to sposób, jaki wymyślili mężczyźni by kobiety wróciły do roli kur domowych - okiem psychologa

Elisabeth Badinter - Le conflitZagadnienie jest złożone, ale już na pierwszy rzut oka nie wydaje mi się, aby uprawnione było twierdzenie, że ekologię stworzyli mężczyźni (i tylko oni) i że to oni właśnie tak tym wszystkim sterują, aby kobiety wrobić, na przykład w powrót do prania pieluch, gotowania zupek, itd. Nie wiem z jakiego rodzaju mężczyznami ma do czynienia pani Badinter (być może problem dotyczy pewnego typu mężczyzn), ale ja w swoim bliższym i dalszym otoczeniu obserwuję bardzo duże zaangażowanie współczesnych tatusiów w wychowywanie swoich dzieci, od wczesnego niemowlęctwa począwszy, poprzez dalsze, rozmaite etapy ich rozwoju i wychowywania. Tatusiowie ci nie karmią - rzecz jasna - niemowląt piersią, ale czy to, że matka chce i decyduje się karmić piersią jak najdłużej świadczy o braku równości pomiędzy kobietami i mężczyznami? Czy to, że kobieta zachodzi w ciążę i to ona rodzi, rzeczywiście kobietę upośledza w stosunku do mężczyzny, który tego robić nie może?

Gdzieś tu - mam wrażenie - pobrzmiewa pewien rodzaj kompleksu, wynikającego z iście freudowskiej (i bardzo już przestarzałej) „zazdrości o penisa", w wyniku której to feministki dawnych czasów zdawały się kształtować własną tożsamość w opozycji do tożsamości mężczyzn. A opozycja jest, jak wiadomo, zależnością na duży dystans. Co z tego wynika? Otóż to, że opozycja nie jest z całą pewnością wyzwoleniem, o które feministki walczą. Prawdziwe wyzwolenie bowiem oznacza wolność, która pozwala nam wybierać naszą własna drogę bez względu na to, co robią ci inni - w tym wypadku mężczyźni. Równouprawnienie nie oznacza przecież, że wszyscy powinni robić to samo i w taki sam sposób.

Zarzuty typu kobieta obciążona jest bardziej (niż mężczyzna) obowiązkiem wychowywania dzieci, bo musi je rodzić i karmić piersią (przez co nie może się skoncentrować na karierze zawodowej i dorównać na tym polu mężczyźnie) brzmią w kontekście zarówno życiowym, jak i zawodowym po trosze naiwnie, a po trosze karykaturalnie. To mniej więcej bowiem tak, jakby mieć pretensje do Boga i Natury, że ludzi obdarzył/a tylko dwoma nogami a nie czterema, bo gdyby człowiek miał cztery nogi zamiast dwóch, to dwa razy szybciej mógłby pokonywać dystans dzielący go od domu do pracy i to na własnych nogach, co miałoby dodatkowo zbawienny wpływ na rozładowanie korków w wielkich miastach i znacznie zmniejszyłoby emisję spalin przez samochody osobowe).

Można się oczywiści wdawać w takie dywagację, są one jednak moim zdaniem po prostu bezsensowne. Mało ważne, wydaje mi się, w omawianym kontekście jest to, czego chcą i jak to sobie wyobrażają mężczyźni. Istotne wydaje mi się to, czego rzeczywiście chcą i jak to sobie wyobrażają kobiety. Pytam więc panie ekolożki, czego chcecie - czy tego, aby mężczyźni rodzili dzieci tak, jak i wy? Czy to jest rzeczywiście temat? Czy rzeczywiście czujecie się tak bardzo „obciążone obowiązkiem" urodzenia i wychowania dziecka? Bo jeśli tak, to faktycznie (przykra sprawa) dałyście się wrobić, albo same się wrobiłyście, nie rozumiem tylko w imię czego? Przecież kobieta dziś, zwłaszcza kobieta wykształcona i świadoma (a ekolożki z takiego grona się wywodzą), nie musi zakładać rodziny i/lub nie musi mieć dzieci. Jeśli się jednak chce dzieci mieć, to naturalne jest, że się chce te dzieci obdarzyć tym, co najlepsze.

Zapytać się można, czy rzeczywiście dzieciom do czegoś jest potrzebne to, aby je matki karmiły piersią, na żądanie i jak najdłużej? Albo aby były one przewijane z użyciem pieluszek wielorazowych i pielęgnowane z użyciem kosmetyków naturalnych? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Różne czasy wytwarzały swoje paradygmaty wychowawcze, z których niektóre po pewnym czasie okazywały się bzdurne (jak choćby tak zwany zimny chów z lat 70-tych, który - jak wiemy - spustoszył emocjonalnie niejedno pokolenie).

Bez względu na przekonania ideologiczno-wychowawczo-ekologiczne matek, istnieje jedna prosta zasada, która decyduje o tym, na ile relacja matka-dziecko wyjdzie na zdrowie i matce i dziecku, biorąc pod uwagę potrzeby i interesy obydwu stron. Otóż zasada ta jest taka, że lepsza matka szczęśliwa na krótko, niż sfrustrowana i niezadowolona na cały czas. Co to oznacza? Że jeśli kobieta marzy o karierze zawodowej, a tak się złożyło że na przeszkodzie pojawia się dziecko, to lepiej dla niej i dla dziecka (i dla rodziny w ogóle) będzie poszukać dobrej opiekunki, która się zajmie dzieckiem, a matce będzie lepiej iść do pracy. W tej konkretnej sytuacji bowiem dla relacji matka-dziecko jest bardziej pustoszące i destrukcyjne, gdy chcąc robić karierę matka zostanie w domu celem „poświęcenia się" wychowaniu. Taki stan rzeczy będzie w niej rodził frustrację i pretensje, a te przeniosą się niechybnie na relację nie tylko z dzieckiem, ale z mężem czy partnerem również. Matka ta rzadziej co prawda bywa z dzieckiem, ale jako spełniona zawodowo - i w związku z tym szczęśliwa - uczyni ten kontakt jakościowo bardzo dobrym.

Dziecko potrzebuje pozytywnego emocjonalnego nasycenia w relacji z rodzicami bardziej, niż długotrwałej obecności rodziców przy nim. Zasadę tę w odniesieniu do dylematów eko-mam można przeformułować następująco: jeśli matka ma czasochłonne pro-ekologiczne ambicje wychowawcze, na które jednakowoż nie stać jej czasowo i/lub finansowo, co staje się źródłem frustracji - to lepiej, aby z nich zrezygnowała na rzecz może nieekologicznej, ale za to ciepłej i serdecznej relacji z dzieckiem, opartej na tym, co jest możliwe i osiągalne. Na tym warto jest się skoncentrować, a nie próbach „doskoczenia" do wzorca idealnego, co staje się źródłem niezadowolenia i frustracji.

I jeszcze jedno: w postulatach pani Badinter pobrzmiewa coś na kształt - sama nie wiem - pretensji (?), że kobiety i bez ekologii są wystarczająco obarczone dzieciakami i ich wychowywaniem. Jest oczywiste, że jak się chce mieć psa to trzeba go wychowywać, poświęcać mu czas, karmić, wyprowadzać i sprzątać po nim kupy. Jest niedojrzałe i nieuczciwe uchylanie się od któregokolwiek z tych obowiązków. Nie rozumiem z jakiego powodu to proste przełożenie miałoby nie działać w stosunku do własnego potomstwa. Jak się je chce mieć, to trzeba się liczyć z tym, że wychowanie kosztuje czas, energię i pieniądze. Są też koszty emocjonalne i rozmaite inne, przy których (w ogólnym rozrachunku) karmienie piersią przez rok (czy nawet więcej), to - przepraszam za wyrażenie, ale - gwizdek prawdziwy. I dodać jeszcze pragnę, że w normalnych układach, a za takie rozumem rodzinę pełną z ojcem i matką zaangażowanymi po połowie, ten wysiłek rozkłada się mniej więcej jednakowo na każdego z rodziców. Jeśli dzieje się tak, że wysiłek ten spada bardziej na którąkolwiek ze stron to - powiedzmy to sobie jasno - nie jest to wina ekologii, polityki i tego, że mężczyźni się na nas, kobiety, uwzięli w sposób szczególny. Jest to oznaka zaburzeń w relacji rodzinnej wynikająca z tego, że ktoś się uchyla, a ktoś bierze na siebie nadmiar odpowiedzialności. Nie wplątujmy w to ekologii i ideologii, bo wykrzywia to prawdziwy obraz sytuacji i wywołuje tematy zastępcze do dyskusji, właściwie nie wiadomo o czym.

----------
Warto przeczytać:
Ekologia to sposób mężczyzn, by kobiety wróciły do roli kur domowych - twierdzi Elisabeth Badinter, filozofka i feministka. Co na to francuskie ekolożki?,
Edukacja ekologiczna dzieci - rola szkoły czy rodziców? (okiem psychologa).

Więcej artykułów z pogranicza psychologii i ekologii w dziale ekoPSYCHOLOGIA.

Warto również odwiedzić dział ekoDZIECKO.

Zdjęcie przedstawia okładkę najnowszej książki p. Elisabeth Badinter, wydanej na początku b.r. we Francji przez wyd. Flammarion.


Komentarze

avatar Berenika
0
 
 
Moim zdaniem p. Badinter nie chodzi o konkretnych mężczyzn, których ma w swoim otoczeniu. Nawet ktoś ma ich w swoim bliskim otoczeniu 500 to i tak na ich podstawie nie można wyciągnąć wniosków statystycznych. Moim zdaniem chodzi jej o zjawisko szeroko społeczne i presję, jaką na kobiety wywierają media+politycy. Analogicznie dzieje się przecież w temacie kobiecej sylwetki. Im dalej jesteśmy od rozmiaru S a w niektórych kręgach XS, tym mniejsza szansa na sukces - zawodowo i prywatnie. Tu akurat odezwą się pewnie panie, które powiedzą, że noszą 44 czy 48 i świetnie im się wiedzie. Zapewniam je że stanowią wyjątek i niech się z tego cieszą, że im się udało. Czytałam ostatnio wywiad w TS z Anną Muchą, która bez ogródek przyznała, że odkąd ma mniejszą d... ma zdecydowanie więcej propozycji zawodowych. Presję na posiadanie szczupłej a nawet skrajnie szczupłej sylwetki lansują media i domy mody, a obydwa światy są rządzone przez facetów.
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
avatar LovaDowa
0
 
 
"Zarzuty typu kobieta obciążona jest bardziej (niż mężczyzna) obowiązkiem wychowywania dzieci, bo musi je rodzić i karmić piersią (przez co nie może się skoncentrować na karierze zawodowej i dorównać na tym polu mężczyźnie) brzmią w kontekście zarówno życiowym, jak i zawodowym po trosze naiwnie, a po trosze karykaturalnie." - Tu nie chodzi o rodzienie i karmienie. Chodzi o to, że by robić tzw. karierę trzeba być dyspozycyjnym - takie są realia korporacji czy nam się podoba czy nie. Osoba, która o 17ej musi wyjść z pracy by np. przejąć dziecko od opiekunki podczas gdy na 18tą w pracy jest planowana Bardzo Ważna Nasiadówa wypada z gry. I nieważne w tym momencie jest czy ta Bardzo Ważna Nasiadówa jest naprawdę bardzo ważna i czy nie można by jej zrobić dnia następnego np. o 9ej. Jak się jest tylko pionkiem w zespole to trzeba się dostosować. Tam gdzie ja pracuję odbieranie dzieci jest po stronie kobiet. Nie zauważyłam by któryś z Bardzo Ważnych Dyrektorów płci męskiej wychodził systematycznie o 17ej by odebrać dzieci albo nie przychodził do pracy bo dziecko chore. Robią to kobiety. Naiwne i karykaturalne jest udawanie, że tak nie jest.
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz