Ekologia a feminizm - rozważań ciąg dalszy (dziś o wzorcach lansowanych przez media i o tzw. presji społecznej - okiem psychologa)
Wpisany przez Dorota Zarczuk czwartek, 22 lipca 2010 09:40
W komentarzach do artykułu pt.„Ekologia a feminizm, czyli czy pani Badinter ma rację...", Berenica wpisła: „Moim zdaniem p. Badinter nie chodzi o konkretnych mężczyzn, których ma w swoim otoczeniu. Nawet ktoś ma ich w swoim bliskim otoczeniu 500 to i tak na ich podstawie nie można wyciągnąć wniosków statystycznych. Moim zdaniem chodzi jej o zjawisko szeroko społeczne i presję, jaką na kobiety wywierają media+politycy. Analogicznie dzieje się przecież w temacie kobiecej sylwetki. Im dalej jesteśmy od rozmiaru S a w niektórych kręgach XS, tym mniejsza szansa na sukces - zawodowo i prywatnie. Tu akurat odezwą się pewnie panie, które powiedzą, że noszą 44 czy 48 i świetnie im się wiedzie. Zapewniam je że stanowią wyjątek i niech się z tego cieszą, że im się udało. Czytałam ostatnio wywiad w TS z Anną Muchą, która bez ogródek przyznała, że odkąd ma mniejszą d... ma zdecydowanie więcej propozycji zawodowych. Presję na posiadanie szczupłej a nawet skrajnie szczupłej sylwetki lansują media i domy mody, a obydwa światy są rządzone przez facetów". Myślę, że Berenica ma dużo, a nawet bardzo dużo racji. Temat jest zresztą ciekawy i wart potraktowania felietonem, co niniejszym uczyniłam (przy czym - zaznaczam - że jest to raczej zbiór różnych przemyśleń niż porad czy ocen).
Wpływ mediów (i zapewne polityków) na ogólne wyobrażenia społeczne o tym co jest słuszne i jak być powinno jest ogromny. Taki był zresztą zawsze - tylko inne elity zajmowały ich miejsce w rozmaitych okresach historycznych. Zgadzam się również, że można wywierać na konkretne grupy społeczne silną presję. I tak się robi. Istnieją rzeczywiście rozmaite - nazwijmy to - kręgi interesów, powiązane między innymi z mediami i polityką, lansujące z różnych powodów (między innymi dla zysku) pewne opcje bardziej, niż inne. Czy stoją za tym przede wszystkim mężczyźni? Nie wiem, wątpię jednak szczerze, że tylko oni. Trudno byłoby mi się zgodzić, że zjawisko presji i wpływu ma miejsce w jakiś szczególny sposób w stosunku do kobiet, kobiet-ekolożek tym bardziej.
Osobiście za bardzo interesujące uważam pytanie, jakie bezpośrednio z powyższych faktów wypływa, a mianowicie: dlaczego dajemy sobą manipulować? Pytanie to - mam wrażenie - odnosi się w takim samym stopniu do pań, jak i panów. Czy bowiem nie jest tak, że jeśli na kobiety wywiera się presję w kwestii sylwetki, to jednocześnie na mężczyzn w kwestii ich gustów, co do wyglądu i zachowania idealnej partnerki? Czy nie mówi się mężczyznom, że facet, którego kobieta nie jest „blond-syreną" to frajer? Czy my, kobiety, same nie wpadamy w sidła tej presji i nie zazdrościmy pięknym, szczupłym koleżankom ich idealnego wyglądu? Tak jest i to oznacza niestety, że - mówiąc prozaicznie - wszyscy dajemy sobie wciskać kit i dajemy to sobie robić stosunkowo łatwo.
Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ przyrost wiedzy na świecie w rozmaitych dziedzinach jest tak przytłaczająco szybki, że normalnie funkcjonująca, nawet bardzo inteligentna jednostka nie jest w stanie za nim nadążać. Znamy się na tym, w czym się specjalizujemy albo na tym, czym się szczególnie interesujemy. Jest to więc wysoce wycinkowa znajomość rzeczywistości, w której musimy na bieżąco podejmować miliony decyzji w rozmaitych sprawach, w których nasza orientacja jest kiepska. Na czymś jednak potrzebujemy się oprzeć, a ponieważ mózg jako organ działa - przynajmniej co do mechaniki - stosunkowo ściśle zerojedynkowo i na dodatek nie znosi stanu niewiedzy, lukę tę chętnie zapełnia sobie informacjami niepełnymi, czyli domysłami.
Mechanizm ten bardzo sprytnie wykorzystują media masowe, które pełne są dobrych rad i cudownych obietnic. Nawet ludziom inteligentnym i wykształconym trudno jest się im oprzeć, a co dopiero masom nadmiarem wiedzy i inteligencji nie grzeszącym. I to dopiero jest rzeczywiście presja - presja nie mediów i polityków, ale większości. Czy już masz drugi samochód i letniskowy domek na wsi, jak wszyscy twoi znajomi? Czy twój pies rzeczywiście jest szczęśliwy nie mając możliwości zakosztować karmy producenta X? Może zresztą szczęśliwy i jest, ale czy zdrowy? Zrób rachunek sumienia, właścicielu czworonoga! Albo też: czy twoje dziecko rozwija się prawidłowo, gdy mu „serwujesz" wielorazowe pieluchy? Można tak jeszcze długo, a ponieważ wszyscy to znamy - nie warto mnożyć przykładów.
Pytanie nasuwa się samo: czy (a jeśli tak, to jak?) możemy się chronić przed rozmaitej maści chwytami i manewrami, pod wpływem których dajemy się naciągać na towary i idee w gruncie rzeczy nie służące naszemu dobrostanowi (albo po prostu obojętne), choć pod pozorem tegoż dobrostanu są nam, pod różnymi postaciami aplikowane? Jestem wielką zwolenniczką życia świadomego po pierwsze, a po drugie zdrowego umiaru. Idee te wespół zakładają, iż warto jest podążać za tym, co nowe, ale nie bezkrytycznie. Czyli sprawdzając, jak to nowe „coś" zadziała w każdym konkretnym przypadku, a następnie stosować nowe rozwiązanie w granicach rozsądku. Uważam, że podejmując decyzje warto jest brać pod uwagę zarówno wymiar ideologiczny, związany z wartościami (a więc: w imię czego i po co?), jak też wymiar pragmatyczny (a więc: w jaki sposób, jakimi środkami, czy to jest realne i czy jest mnie na to stać?). Istnieje jeszcze coś takiego, jak wymiar ogólnoludzki, który jest poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie „czy jest godziwie postąpić w sposób x bądź y?", oraz „jakie tego rodzaju postępowanie może mieć konsekwencje w długoterminowej perspektywie?".
Biorąc za punkt wyjścia te trzy wymiary, przyznać muszę że niepokojące wydają mi się pewne kierunki dyskusji wokół ekologii, w kontekście zagrożeń jakie widzą w niej feministki, czego wyrazem jest choćby dyskutowany we Francji i nie tylko pogląd pani Badinter odnośnie ograniczeń jakie ściąga na kobietę (rzekomo) promowany przez media ekologiczny styl wychowywania dzieci. Istotne są tu bowiem, według mnie, przede wszystkim dzieci - i w związku z tym dla mnie osobiście jest coś smutnego w rozważaniach ukierunkowanych na to, aby rozwiązania proponowane kobietom jak najmniej je - nazwijmy to - „wikłały" w zajmowanie się dziećmi w sensie wszelakim, w tym między innymi czasowym.
Osobiście jestem w bardzo dużym stopniu pragmatyczką i jako pragmatyczka zwolenniczką pieluch jednorazowego użytku, bo są po prostu praktyczne i, według mnie, dla dzieci niegroźne. Ale, z drugiej strony, jestem też zagorzałą przeciwniczką produkowania niepotrzebnych śmieci i odpadów - zwłaszcza, jeśli są trudno-rozkładalne (a do takich właśnie należą pieluchy jednorazowe). Muszę więc jakoś, we własnym zakresie, ten dylemat rozstrzygnąć, czekając na pro-ekologiczne rozwiązania w tej sprawie i licząc po cichu na to, że - jak się już pojawią - okażą się „na moją kieszeń". Ciągnąc dalej ten temat, jestem też zwolenniczką karmienia piersią, gdyż wydaje się to bardziej odpowiadać emocjonalnym potrzebom dziecka. Zaznaczyć jednak pragnę, że jeśli matka tego robić nie chce (z jakichkolwiek powodów) to lepiej (i ekologicznej, zarówno dla niej, jak i dla dziecka - powiedziałabym nawet: zwłaszcza dla dziecka), aby karmiła butelką, dając przy tym dziecku czułość i serdeczność, niż aby (ulegając takim czy innym naciskom) na siłę karmiła piersią, z poczuciem dyskomfortu i złości (jakie zazwyczaj sytuacja przymusu wywołuje), ponieważ dziecko tę złość wyczuwa i odbiera.
Co zaś do tego, jak długo ma trwać karmienie piersią - cóż - każda matka sama musi to „wyczuć". Nieprawdą jest, że im dłużej tym lepiej. Dziecko bowiem potrzebuje się z jednej strony emocjonalnie nasycić, ale z drugiej emocjonalnie odseparować. Zaburzenia w procesie separacji w kierunku symbiozy (które między innymi mogą wynikać z przedłużającego się karmienia piersią) mogą mieć bardzo poważne skutki dla usamodzielnienia się w dalszym życiu. Zmierzam do tego, że od dyspozycyjności czasowej ważniejsza jest dyspozycyjność emocjonalna rodziców i ich emocjonalna szczerość. Nie chcę przez to powiedzieć, że rodzić może się czuć zwolniony z obowiązku poświęcania dzieciom czasu. Przeciwnie: im więcej się dzieciom poświęca czasu i uwagi, tym lepiej - pod warunkiem jednak, że jest to „poświęcenie" szczere i nasycone ciepłem, a nie złością i pretensjami.
To pobrzmiewanie pretensjami w kontekście konieczności tego, czy tamtego, w związku z wychowywaniem potomstwa jest dla mnie trochę smutne. Smutne i trochę nieludzkie jest też dla mnie traktowanie tematu w kategoriach „jak tu zrobić, by mieć dziecko, ale w taki sposób, aby ono jak najmniej przeszkadzało i zabierało jak najmniej czasu" czyli aby było ono jak najmniej absorbujące. Przykre to jest, bo trochę trąci okradaniem dzieci z dziecinności i wpychaniem ich w rolę wyważonego dorosłego, a rola ta jest dla psychiki malucha za trudna.
Na zakończenie nie mogę nie dodać, że - skoro już mówimy o wywieraniu na kobiety presji - ja z kolei odnoszę wrażenie, iż wywiera się ją również w kwestii wyboru przez kobiety opcji zatytułowanej „kobieta sukcesu - kobieta biznesu", w zestawieniu z którą tak zwana kura domowa wydaje się katastrofalnie nieatrakcyjna, życiowo przegrana i chyba rzeczywiście bardzo bezpośrednio kojarzona z kobietą zaniedbaną. A jest to stereotyp krzywdzący i nieprawdziwy z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze: można „siedzieć' w domu i zajmować się dzieciakami, a mimo to prowadzić aktywny tryb życia i zachować atrakcyjny wygląd - jest to bardziej kwestia potrzeby i motywacji, niż zewnętrznych ograniczeń. Po drugie: spora część pań wcale nie marzy o karierze zawodowej i byłaby naprawdę zachwycona mogąc poświęcić się wychowywaniu dzieci, gdyby znalazła na to sposób. Mimo tych oczywistości, jest duży napór na przekonywanie pań, że powinny stać się kobietami „niezależnymi" i nie tylko robić karierę, ale na dodatek robić ją „w męskim stylu". Niby po co - aż się prosi o to pytanie? Niby dlaczego panie, które wybrały opcję „dom" miałyby się czuć gorzej, albo nie czuć się zrealizowanymi kobietami sukcesu? Wszak sukces to jest - i to niemały - wychować w dzisiejszych czasach dzieci na ludzi szczęśliwych i porządnych, cokolwiek to miałoby znaczyć.
----------
Warto przeczytać:
Ekologia a feminizm czyli czy p. Badinter ma rację głosząc, że ekologia to sposób, jaki wymyślili mężczyźni by kobiety wróciły do roli kur domowych - okiem psychologa.
Więcej artykułów z pogranicza ekologii i psychologii w dziale ekoPSYCHOLOGIA.
Zdjęcie: wikimedia.org
Kategorie
- ekoBIURO
- ekoBIZNES
- ekoBUDOWNICTWO
- ekoBUJDA
- ekoBYDGOSZCZ
- ekoCYTATY
- ekoCZASOPISMA
- ekoDESIGN
- ekoDOM
- ekoDZIECKO
- ekoENCYKLOPEDIA
- ekoEUROPA
- ekoFILMY
- ekoFRANCJA
- ekoGLIWICE
- ekoGWIAZDY
- ekoHOBBY
- ekoHOLANDIA
- ekoINSPIRACJE
- ekoJESIEŃ
- ekoKARIERA
- ekoKATOWICE
- ekoKONKURSY
- ekoKONSUMPCJA
- ekoKRAKÓW
- ekoKSIĄŻKI
- ekoKUCHNIA
- ekoLATO
- ekoLUBLIN
- ekoLUDZIE
- ekoLUKSUS
- ekoMAJSTERKOWANIE
- ekoMIEJSCA
- ekoMODA
- ekoMOTORYZACJA
- ekoMUZYKA
- ekoMĘŻCZYZNA
- ekoOGRÓD
- ekoPIENIĄDZE
- ekoPLOTKI
- ekoPODRÓŻE
- ekoPOLITYKA
- ekoPOLSKA
- ekoPORADY
- ekoPOZNAŃ
- ekoPRACA
- ekoPRAWO
- ekoPRODUKTY
- ekoPRZEPISY
- ekoPSYCHOLOGIA
- ekoRELACJE
- ekoRODZINA
- ekoSONDA
- ekoSZTUKA
- ekoTECHNOLOGIE
- ekoTESTUJEMY
- ekoTORUŃ
- ekoTRÓJMIASTO
- ekoURODA
- ekoUSA
- ekoWALENTYNKI
- ekoWARSZAWA
- ekoWINO
- ekoWIOSNA
- ekoWROCŁAW
- ekoWYDARZENIA
- ekoWYWIADY
- ekoZARZĄDZANIE
- ekoZDROWIE
- ekoZIMA
- ekoZWIERZĘTA
- ekoŁÓDŹ
- ekoŚWIAT
- ekoŚWIĘTA
- ekoŻYCIE











Komentarze