Świąteczne przygotowania a ekologia, świadome życie i świadoma konsumpcja - okiem psychologa

Świąteczne przygotowania a ekologia, świadome życie i świadoma konsumpcja - okiem psychologaJeśli spojrzeć na to chłodnym, zewnętrzno-analitycznym okiem, w święta Bożego Narodzenia (we wszelkie święta zresztą i to nie tylko w chrześcijaństwie, tudzież w katolicyzmie) wpisany jest owczy pęd do konsumpcji i bezmyślnego zaśmiecania środowiska. Najpierw pucujemy mieszkanie (z użyciem "odświętnych" - najbardziej agresywnych środków piorąco-czyszczących bo musi być na błysk), potem ruszamy na zakupy żywieniowe - kupujemy więcej niż będziemy mogli zjeść (więc potem wyrzucamy albo na siłę wrzucamy w siebie co na to samo wychodzi jeśli chodzi o zaśmiecanie), kupujemy bezmyślnie (patrz mnóstwo nietrafionych prezentów kupionych bez chwili refleksji - tylko po to by kupić cokolwiek), bez spojrzenia pro-ekologicznych czy zwyczajnie humanitarnych odruchów (patrz temat świątecznych karpi kupowanych półżywych i własnoręcznie dobijanych). Przygotowania świąteczne odbywają się zazwyczaj w morderczym tempie, urozmaicone nerwówką, spięciami, kłótniami. Do stołu zasiadamy zmęczeni i często skłóceni. Czy może być inaczej a właściwie: jak to zrobić, by nasze tegoroczne przygotowania do świąt były inne, stojące pod znakiem ekologii, świadomej konsumpcji i - szerzej - świadomego życia?

Zacznę od tego, że nie jestem przeciwniczką sprzątania w wersji „ekstra" na święta, ani przeciwniczną celebrowania świąt poprzez podawanie (i w związku z tym szykowanie) niecodziennych dań w obfitości większej, niż ma to miejsce na co dzień. Na tym między innymi właśnie polega, w moim odczuciu, świętowanie. Święto jest dniem innym niż dzień codzienny i dla podkreślenia tej inności, niezwykłości, a także radości z tym związanej (bo świętuje się przecież, aby okazać szczególną radość) te wszystkie przygotowania. Jak inaczej miałyby mieć sens?

Jedzenie natomiast (i to jedzenie w wersji „ucztowanie") od czasów najdawniejszych, we wszystkich chyba kulturach na świecie, świętowaniu towarzyszyło. Było czymś absolutnie naturalnym. Radość okazywano poprzez gościnność, a jej wyrazem było dzielenie się z innymi obfitością stołu. Świętowano też zresztą zdecydowanie bardziej zbiorowo, niż to ma miejsce obecnie, może więc stąd tradycyjne przyzwyczajenie do szykowania potraw w ilości mogącej zaspokoić głód i apetyty większej liczby osób, niż zazwyczaj gościmy.

W tradycji staropolskiej, korzeniami sięgającej jeszcze czasów pogańskich, obfitość potraw wigilijnych wróżyła dostatek i dobrobyt na nadchodzący rok. Nie do pomyślenia było, aby w ten szczególny wieczór czegokolwiek miało zabraknąć. W niektórych regionach stół miał być zastawiony tak dostatnio, aby po rozpoczęciu wigilijnej kolacji już niczego nie donoszono.

Rozumiemy więc, że do stołu musiało być podane w dużym nadmiarze. Nie oznacza to jednak, że cokolwiek się marnowało - wyrzucanie jedzenia, czyli marnotrawstwo, tradycyjnie uważano, jeśli nie za grzech ciężki, to za karygodną niegospodarność. Takie postawy (tj. wyrzucanie żywności) spotykały się ze społecznym potępieniem. Tak więc czego nie zjedzono, dojadano przez cale święta, a czego się nie zjadło - domowymi sposobami przetwarzano i konserwowano. Resztkami karmiono zwierzęta, nadmiar żywności oddawano też biednym. Marnotrawstwo jest wynalazkiem dobrobytu i - tak naprawdę - też jego objawem.

Dzisiaj świat nabrał tempa, a dobrobyt rozpaskudził - jakby to powiedziała moja babcia - nasze charaktery. Chcemy zjeść codziennie coś innego, a „dojadanie resztek" uważane jest za przejaw braku dobrego gustu. Na drugi dzień nie wypada podać przysłowiowych odgrzanych kotletów z dnia poprzedniego. Gospodynie się dziś nie bawią w przetwarzanie niezjedzonych dań, bo albo się im nie chce, albo nie potrafią, albo na to zwyczajnie nie mają czasu. Tak więc wyrzucamy.

Wyrzucanie jest elementem głęboko zakorzenionej w nas masowej kultury dobrobytu. Na kulturze tej coraz większe piętno wyciska kolejny silnie odmóżdżający element - komercjalizacja, połączony z nią pośpiech i jego nieodłączny towarzysze: uproszczenie i bezmyślność.

W takim to klimacie, rozmaite przygotowania i czynności związane ze świętami coraz częściej i coraz silniej odrywają się od ich sensu. A pytanie o sens jest tu niebagatelne i podstawowe. Jaki więc sens mają dla nas święta? Czym jest dla nas świętowanie? Czym - przykładowo - tradycja obdarowywania się nawzajem prezentami? Dawniej jedzono, aby świętować. Dla świętowania obdarzano się prezentami. Dziś - takie odnoszę wrażenie - świętuje się dla jedzenia, a prezenty się kupuje bo tak wypada.

Pośpiech i presja pokazania się innym, a wręcz zabłyśnięcia - ze swoim suto zastawionym stołem, ze swoimi prezentami, pochwalenia się swoimi sukcesami przed innymi - gdzieś odsuwa na plan dalszy bardziej naturalne w dawnych czasach, wspólne cieszenie się i wzajemne obdarowywanie. Nie tylko zresztą prezentami, ale po prostu sobą nawzajem. W czasie świąt najważniejsze było przecież spotkanie z bliskimi - z rodziną, z przyjaciółmi. Święta się przeżywało w sposób uduchowiony, cokolwiek miałoby to znaczyć.

Dziś, gdzieś ten duch świąt jakoś się nam wymyka. Wolimy np. wyjechać na narty, niż spotkać się z rodziną - zupełnie tak, jakbyśmy oprócz prezentów niczego więcej nie mieli sobie nawzajem do zaoferowania. Wiem, że to, co piszę, jest pewnym uproszczeniem - spotkanie z rodzina nierzadko jest bowiem dotknięciem spraw trudnych, na przykład zadawnionych konfliktów i zranień. Wówczas spotkanie to, traktowane jako obowiązkowe (bo przecież trzeba odwiedzić rodziców, czy dziadków na święta), bywa trudne i pełne przemilczeń. Nie zawsze też możemy się pochwalić w gronie rodzinnym sukcesami, a czujemy taką presję, aby nie czuć się gorzej od innych.

Czasem nie stać nas na prezenty i odczuwamy to tak boleśnie, że wolimy się zadłużyć, niż nie podarować nic. Na tych wszystkich naszych problemach i potrzebach żeruje skomercjalizowany, bezduszny świat reklamy - tak łatwo wpędzający nas w kompleksy, z taką łatwością wymuszający na nas gesty, których tak naprawdę, w głębi serca, ani nie chcemy, ani nie czujemy.

Jeśli więc miałoby być inaczej - bez pośpiechu, nerwów i kłótni, bez marnotrawstwa i nietrafionych prezentów? Warto jest się mentalnie zatrzymać i sprawy te objąć głębszą refleksją. Warto jest zrobić to nie na dzień, czy dwa przed świętami, ale na klika tygodni wcześniej - przemyśleć jak pragniemy zaświętować, kogo chcemy spotkać? Może ktoś czeka na nas? Może to my jesteśmy potrzebni komuś, może nasza obecność dla kogoś oznaczała będzie świętowanie? Warto zaplanować prezenty i stół świąteczny wcześniej. Dobrze przemyślane drobiazgi, które są trafione, sprawią więcej radości, niż podarunki nawet drogie, ale nieprzemyślane i w rezultacie nieprzydatne. Najwięcej jednak radości sprawi wszystkim nasza życzliwość i serdeczność - autentyczna, nie udawana. I rzeczywiście chyba trudno o nią bez zatrzymania się, zwolnienia tempa i zdobycia się na pewien luz.

To, co ze świąt pamięta się przez całe życie, to szczególna atmosfera. Jeśli jej zabraknie - nic nam tych świąt nie uratuje: ani wysprzątane na błysk mieszkanie, ani pięknie podane, wykwintne świąteczne potrawy, ani najdroższe nawet prezenty. Jeśli więc miałabym cokolwiek poradzić, to poradziłabym zadbać o to, by dać sobie czas. Czas na złapanie kontaktu ze sobą samym - po to, aby sobie odpowiedzieć, czego w głębi duszy pragnę dla siebie i dla swoich najbliższych w te święta? Jak mogę i sobie i im to zaoferować? A następnie, odrzucając presję komercyjnego szału, postarać się to zrealizować bez nerwów, napinania się i robienia (po swojemu, po staremu, po trupach, itd.) za wszelką cenę.

----------
Warto przeczytać:
Świąteczne prezenty - sztuka wymyślania i sztuka dawania,
Zwariowane Święta, czyli wegetarianin (tudzież ekolog) w rodzinie.

Więcej artykułów z pogranicza psychologii i ekologii w dziale ekoPSYCHOLOGIA.

Zdjęcie: magnetamerica.com


Komentarze

Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz