Wywiad dnia: o ekologicznych oznakowaniach produktów, o greenwashingu i świadomej konsumpcji rozmawiamy z dr. Igorem B. Nestorukiem, radcą prawnym, specjalistą prawa konsumenckiego i konkurencji
Wpisany przez Ekoistka.pl - redakcja sobota, 13 lutego 2010 10:38
Ekoistka.pl: Do końca stycznia Internauci głosowali na nowy znak, którym Unia Europejska chce ułatwić europejskim konsumentom identyfikację produktów ekologicznych. A mamy już przecież: europejski znak rolnictwa ekologicznego, jego narodowe odpowiedniki (np. francuski AB czy niemiecki BIO), znaki firm certyfikujących ekologiczne uprawy i produkty pochodzące z tych upraw (np. Ecocert). Mamy europejski Ecolabel czyli popularną stokrotkę i jeszcze sporo innych. Po co te wszystkie znaki, które - teoretycznie - mają sprawę ułatwiać i prawnie uporządkować, a mam wrażenie, że utrudniają wymagając od konsumenta dużej wiedzy jeśli chodzi o to, co dany znak oznacza i jakie są kryteria, wg których jest przyznawany, oraz umiejętności sprawnego poruszania się między znakami. Czy to przypadkiem nie jest prawne mnożenie niepotrzebnych bytów?
dr Igor B. Nestoruk: Faktycznie, wątpliwości, jakie wywołuje mnogość eko-oznaczeń w samej tylko Unii Europejskiej, są uzasadnione. Wydaje się, że jest to prostą konsekwencją bogactwa produktów oferowanych konsumentom na rynku wewnętrznym Unii. Nie bez znaczenia są także interesy pojedynczych przedsiębiorców, branż, krajów czy też właśnie samej Unii Europejskiej. Obok siebie funkcjonują zarówno oznaczenia oficjalne (europejskie oraz krajowe), jak i prywatne. Wspomniane internetowe głosowanie dotyczyło konkursu na nowe europejskie logo produkcji ekologicznej umieszczane na
produktach rolnych. Również popularną „stokrotkę", czyli oznakowanie ekologiczne „ecolabel", czekają zmiany: 30 stycznia 2010 r. w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej opublikowano rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) Nr 66/2010 w sprawie oznakowania ekologicznego UE. Określa ono nowe zasady ustanawiania i stosowania dobrowolnego programu oznakowania ekologicznego UE. Inaczej niż europejskie logo produkcji ekologicznej „ecolabel" ma zastosowanie do wszelkich towarów i usług, które są dostarczane na rynek Wspólnoty do celów dystrybucji, konsumpcji lub użytkowania za opłatą lub nieodpłatnie. Zadaniem nowych przepisów ma być m.in. wzmocnienie spójności oraz promowanie harmonizacji programu oznakowania ekologicznego UE oraz istniejących we Wspólnocie krajowych systemów oznakowania ekologicznego. Chodzi zatem o niwelowanie ryzyka dezorientacji konsumentów. Czy to się jednak uda, będziemy mogli zaobserwować w praktyce.
Jeśli chodzi o żywność ekologiczną, sprawa wydaje się jasna. Albo jest to żywność z kontrolowanych upraw ekologicznych, certyfikowana przez organizację mającą do tego prawo, albo nie, i wtedy - prawnie - nie można używać określenia „żywność ekologiczna". Ale na rynku jest sporo produktów, które „pochodzą z ekologicznie czystych terenów X" albo „zostały wyprodukowane w sercu zielonych płuc Polski" czy też „są eko-przyjazne". Te produkty nie mówią wprost: „jesteśmy ekologiczne", ale tę ekologiczność sprytnie sugerują. Co na to prawo?
I.B.N.: Europejskie logo produkcji ekologicznej, o którym mowa w rozporządzeniu Rady nr 834/2007 z dnia 28 czerwca 2007 r. w sprawie produkcji ekologicznej i znakowania produktów ekologicznych, dotyczy węższego kręgu produktów niż „ecolabel", a zatem łatwiej skojarzyć je z określonym europejskim programem. Regulując stosowanie terminów związanych z produkcją ekologiczną wspomniane rozporządzenie nie ogranicza się wyłącznie do określenia „żywność
ekologiczna". Zakazane jest zwłaszcza stosowanie terminu „ekologiczne" (we wszystkich 24 językach urzędowych Unii), jego pochodnych lub wersji skróconych, jak np. „bio" i „eko", jeśli dany produkt nie spełnia wymogów określonych tym rozporządzeniem. Przepisy rozporządzenia są tutaj dosyć precyzyjne, a jednocześnie szeroko chronią konsumentów przed nieuczciwą reklamą sugerującą, że produkt lub jego składniki spełniają wymogi prawne dla - podkreślmy - żywności ekologicznej. Produkty, które nie wiążą się z produkcją ekologiczną, nie podlegają tym przepisom. W pytaniu wskazano oznaczenia, które bezpośrednio informują o pochodzeniu produktu czy miejscu produkcji.
W branży kosmetycznej zaobserwowałam dwa ciekawe zjawiska. Pierwsze to marki, które na opakowaniach swoich produktów piszą „kosmetyki ekologiczne", ale nie jest to potwierdzone żadnym certyfikatem tylko wyjaśnione notką typu „surowce z certyfikowanych upraw ekologicznych". To wymaga od konsumenta ślepego zaufania, bo przecież nikt przed zakupem kremu nie będzie pisał do jego producenta z prośbą o pokazanie tych certyfikatów i to na wszystkie składniki kremu, a poza tym chyba producent nie ma prawnego obowiązku na takie jednostkowe pytania konsumentów odpowiadać? Drugie to z kolei kosmetyki czy też linie kosmetyków, które nie są ani naturalne, ani ekologiczne, ale - znów - wygląd opakowania i to, co jest na nim napisane jest tak skonstruowane, że za takie uchodzą. Nieuważny konsument czyta np. napis „KREM CERTYFIKOWANY EKOLOGICZNIE", a tak naprawdę na tym opakowaniu jest napisane „KREM zawiera CERTYFIKOWANY EKOLOGICZNIE wyciąg z X" i, zważywszy na zawartość innych składników, ekologiczny nie jest. Nie mówiąc o tym, że ten ekologiczny składnik występuje w danym kremie w mikroskopijnej ilości.
I.B.N.: Branie wszystkiego, co producenci przekazują nam w treści opakowań „na wiarę" czy „w ciemno" nie wydaje mi się być poprawnym wzorcem konsumenckich zachowań. „Przeciętny konsument" - a takim właśnie modelem posługuje się Europejski Trybunał Sprawiedliwości interpretując europejskie przepisy - to konsument dobrze poinformowany, rozsądny i uważny. W znacznej mierze fundamentem zaufania konsumenta do towarów ma być system przepisów
prawnych regulujących przekazy informacyjne płynące do konsumenta z opakowań towarów (tzw. labelling regulations). Wskazane poprzednio europejskie przepisy o eko-oznakowaniu to jeden z przykład takich regulacji. Nie widzę przeszkód, by do kosmetyków wyprodukowanych na bazie surowców z upraw ekologicznych nie stosować wymogów wyżej wspomnianego rozporządzenia nr 834/2007. Ponadto na straży prawdziwości takich oznaczeń stoją liczne obowiązki informacyjne określone również w prawie krajowym, choćby w ustawie z 2001 r. o kosmetykach. Nadzór nad przestrzeganiem przepisów dotyczących znakowania, zafałszowań i prawidłowości obrotu kosmetykami sprawuje z kolei Inspekcja Handlowa. Opakowania oraz ich treść, które wprowadzają w błąd, mogą być także zakwestionowane przez przedsiębiorców jako przejawy nieuczciwej konkurencji na gruncie jeszcze innych przepisów.
W Stanach Zjednoczonych, gdzie coraz więcej reklam „naciąga rzeczywistość", prezentując produkty i firmy bardziej „eko", niż naprawdę są, od kilku lat funkcjonuje termin greenwashing na określenie praktyk, które - kolokwialnie mówiąc - polegają na robieniu konsumentom „zielonego prania mózgów". Czy spotyka się Pan z takim zjawiskiem w Polsce? Jeśli tak - jak często?
I.B.N.: Proszę pamiętać, że klasyczne funkcje reklamy to obok informowania, także nakłanianie i perswazja. A skoro mamy swoistą modę na „eko", to sięganie po modne i pozytywnie kojarzące się trendy jest w reklamie całkowicie naturalne. Wiemy (choć może wydać się to nieco zaskakujące), że „eko" mogą być choćby samochody, ponieważ zużywają mniej paliwa, czy lepiej filtrują spaliny. Zjawisko łapania klientów na „eko-haczyk" nie jest obce także polskim reklamom. Nie znam tutaj przykładów badań rynkowych na ten temat, ale nie wydaje mi się by „greenwashing" był w Polsce bardzo powszechny, tak jak powszechna nie jest wciąż „eko-świadomość" konsumentów. Reklamodawcy będą zapewne sięgali po tego typu skojarzenia częściej, o ile tylko okaże się to metoda skuteczna dla zwiększenia sprzedaży. Takie marketingowe praktyki mogą okazać się jednak dla stosujących je przedsiębiorców bardzo ryzykowne. Na „zielonych kłamstwach" nie sposób bowiem budować zaufania konsumentów ani reputacji oferowanych im produktów.
Gdzie konsument, który czuje, że stał się ofiarą greenwashingu może się zgłosić? A co może zrobić firma, która na poważnie podchodzi do ekologii tj. certyfikuje swoje produkty i w związku tym poddaje się rygorystycznym ekologicznym kontrolom, gdy obok, na półce sklepowej pojawiają się produkty innej firmy, której produkty pod ekologię się tylko bardzo zręcznie podszywają?
I.B.N.: W Polsce brak jednego instrumentu wyraźnie ukierunkowanego na walkę z praktykami typu „greenwashing". W USA przykładem takiego rozwiązania jest choćby greenwashing index, który jest inicjatywą agencji PR wspieranej przez pracowników Uniwersytetu Stanu Oregon. Polski konsument nie jest jednak całkiem pozbawiony ochrony przed zjawiskiem greenwashing-u. Wręcz przeciwnie. Przede wszystkim warto rozważyć możliwość złożenia skargi do Komisji Etyki Reklamy działającej w ramach Związku Stowarzyszeń „Rada Reklamy". Kodeks Etyki Reklamy, przyjęty i stosowany przez członków tego wpływowego Związku, zawiera wyraźne postanowienia dotyczące reklamy zawierającej informacje ekologiczne.
Komisja Etyki Reklamy jest jednak inicjatywą dobrowolną, tak więc działania podejmowane przez nią mogą okazać się niewystarczające. Ponadto konsument, który stał się ofiarą greenwashing-u może samodzielnie przed sądem powszechnym dochodzić od przedsiębiorcy zakazu takiej praktyki, o ile zostanie ona uznana za nieuczciwą. W imieniu konsumenta działać mogą także organizacje konsumenckie (np. Federacja Konsumentów, Stowarzyszenie Konsumentów Polskich). Osoba indywidualna może także złożyć pisemne zawiadomienie do Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, dając tym samym sygnał pomocny przy egzekwowaniu zakazu praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów. Polskie prawo przyznaje wreszcie samym przedsiębiorcom (np. konkurentom firmy stosującej greenwashing) wielorakie narzędzia służące zapobieganiu i zwalczaniu nieuczciwej konkurencji w zakresie reklamy. Powyższe wyliczenie nie wyczerpuje oczywiście listy dostępnych alternatyw. Warto spośród nich wybrać takie, które po przeanalizowaniu, mają szanse okazać się najbardziej skuteczne w praktyce.
Jest Pan autorem strony Internetowej dobrapraktyka.pl. Jaki zamysł stoi za tym projektem i czemu on służy?
I.B.N.: Pomysł na stworzenie tej strony powstał w trakcie pracy ze studentami, podczas przygotowywania wykładów dotyczących zagadnień ochrony konsumentów i konkurencji. Pierwotnie chodziło o proste narzędzie dydaktyczne. Chciałem w ten sposób podkreślić znaczenie jednego z bardzo istotnych, a w mojej opinii w Polsce wciąż niedocenianych narzędzi walki z nieuczciwymi przedsiębiorcami. Jest nim tzw. samoregulacja, czyli ustalanie nie odgórnie, przez przepisy ustawowe, ale przez samych przedsiębiorców (działających np. w danej branży) reguł uczciwej konkurencji oraz tworzenie przez nich instrumentów efektywnego przestrzegania takich reguł. Biznesowe kodeksy dobrych praktyk służą właśnie takiej samoregulacji, mają pomagać w samooczyszczaniu się rynku z „czarnych owiec". W wysoko rozwiniętych gospodarkach rynkowych takie narzędzie jest bardzo powszechnie stosowane. Wydaje mi się, że wzorcowym przekładem tego typu rozwiązania w Polsce jest działalność wspomnianej już wcześniej Rady Reklamy. Dotyczy ona wprawdzie znaczącego, ale stosunkowo niewielkiego wycinku działalności (części tylko) przedsiębiorców: reklamy. Warto więc propagować samoregulację, a temu właśnie ma służyć baza dobrych praktyk biznesowych, która powstaje na stronie dobrapraktyka.pl. Z czasem mam nadzieję rozbudować jej treść, choćby o swoiste case-law, czyli zbiór przykładowych naruszeń dobrych praktyk biznesowych.
Kilka lat przebywał Pan w Niemczech - najpierw doktoryzując się na uniwersytecie w Bonn, następnie wykładając na Uniwersytecie Europejskim Viadrina we Frankfurcie nad Odrą, a także pracując dla klientów niemieckich. Czym konsument niemiecki różni się od polskiego? Czy można powiedzieć, że jest bardziej ekologicznie świadomy?
I.B.N.: Okres studiów w Niemczech to był akurat czas, kiedy właściwie - powiem górnolotnie - kształtowała się moja konsumencka wrażliwość. Na początku z trudem odnajdywałem się w potężnej, wówczas jeszcze znacznie bogatszej niż w Polsce, ofercie towarów i usług. Chyba uległem także stereotypowi „niemieckiej jakości", który do dzisiaj funkcjonuje wśród konsumentów po wschodniej stronie byłej „żelaznej kurtyny". Bardzo lubiłem panujący w naszym akademiku zwyczaj wspólnych - rowerowych najczęściej, a więc
„eko" - wypraw na zakupy. Niemieccy studenci zazwyczaj bardzo dobrze orientowali się, gdzie można zrobić zakupy stosownie do zawartości „studenckiej kieszeni". Nauczyłem się też wtedy, że liczy się nie tylko cena, ale jej relacja do jakości. Ta świadomość wciąż - wydaje mi się - znacząco różni przeciętnego polskiego i niemieckiego konsumenta. Z drugiej strony trudno się temu dziwić: niemiecki konsument jest konsumentem bardzo dojrzałym, podczas gdy polski uczy się wolnego rynku od zaledwie kilkunastu lat. To spostrzeżenie odnosiłbym także do poziomu konsumenckiej wrażliwości na oznaczenia ekologiczne w Polsce i w Niemczech. A co do moich doświadczeń w doradztwie na rzecz niemieckich klientów, to mogę jedynie powiedzieć, że spotkania w Polsce organizuję - najczęściej na wyraźne życzenie klientów - w miejscach, gdzie mogą oni kosztować polską tradycyjną kuchnię. Widać, że już z zagranicy przywożą przekonanie o wysokiej - także ekologicznie - jakości naszej kulinarnej oferty.
Czy Pan - prywatnie, jako konsument - kupuje produkty ekologiczne? Na co zwraca Pan uwagę przy robieniu zakupów?
I.B.N.: Każdy konsument wielkomiejski ma wokół siebie zazwyczaj ogromnie wiele miejsc, gdzie może dokonywać zakupów. Od sklepików osiedlowych, straganów, rynków, po dyskonty i hipermarkety. Znaleźć w nich może produkty z najróżniejszych źródeł - lokalne, regionalne, krajowe, zagraniczne, certyfikowane ekologicznie lub nie. Staram się korzystać z tej różnorodności, porównywać produkty, ich cenę oraz inne właściwości. Przyznam, że owoce i warzywa, tj. te pochodzące z Polski, wybieram zazwyczaj na pobliskm straganie. Kupuję je niejako „z pierwszej ręki", od gospodarzy, którzy na co dzień zajmują się także ich produkcją. Wiedzą doskonale co sprzedają, a ja na tej wiedzy polegam i jak dotąd się nie zawiodłem. Nie jestem raczej „eko-shopoholikiem", choć przyznam, że szczególnie przy produktach „bliskich ciału", a więc spożywczych czy kosmetykach, poszukuję dowodów ich „naturalności" przede wszystkim uważnie studiując ich opakowania.
Dziękuję za rozmowę.
----------Wywiad przeprowadziła Aldona Janasik
Zdjęcie: © Nestoruk Kancelaria
Kategorie
- ekoBIURO
- ekoBIZNES
- ekoBUDOWNICTWO
- ekoBUJDA
- ekoBYDGOSZCZ
- ekoCYTATY
- ekoCZASOPISMA
- ekoDESIGN
- ekoDOM
- ekoDZIECKO
- ekoENCYKLOPEDIA
- ekoEUROPA
- ekoFILMY
- ekoFRANCJA
- ekoGLIWICE
- ekoGWIAZDY
- ekoHOBBY
- ekoHOLANDIA
- ekoINSPIRACJE
- ekoJESIEŃ
- ekoKARIERA
- ekoKATOWICE
- ekoKONKURSY
- ekoKONSUMPCJA
- ekoKRAKÓW
- ekoKSIĄŻKI
- ekoKUCHNIA
- ekoLATO
- ekoLUBLIN
- ekoLUDZIE
- ekoLUKSUS
- ekoMAJSTERKOWANIE
- ekoMIEJSCA
- ekoMODA
- ekoMOTORYZACJA
- ekoMUZYKA
- ekoMĘŻCZYZNA
- ekoOGRÓD
- ekoPIENIĄDZE
- ekoPLOTKI
- ekoPODRÓŻE
- ekoPOLITYKA
- ekoPOLSKA
- ekoPORADY
- ekoPOZNAŃ
- ekoPRACA
- ekoPRAWO
- ekoPRODUKTY
- ekoPRZEPISY
- ekoPSYCHOLOGIA
- ekoRELACJE
- ekoRODZINA
- ekoSONDA
- ekoSZTUKA
- ekoTECHNOLOGIE
- ekoTESTUJEMY
- ekoTORUŃ
- ekoTRÓJMIASTO
- ekoURODA
- ekoUSA
- ekoWALENTYNKI
- ekoWARSZAWA
- ekoWINO
- ekoWIOSNA
- ekoWROCŁAW
- ekoWYDARZENIA
- ekoWYWIADY
- ekoZARZĄDZANIE
- ekoZDROWIE
- ekoZIMA
- ekoZWIERZĘTA
- ekoŁÓDŹ
- ekoŚWIAT
- ekoŚWIĘTA
- ekoŻYCIE











Komentarze