Wywiad dnia: o kremach świeżych i o chemii w kosmetykach, a także o tym, jak życie prywatne przynosi pomysł na biznes rozmawiamy z Magdaleną Beyer, twórczynią marki fridge by yDe
Wpisany przez Ekoistka.pl - redakcja piątek, 05 lutego 2010 09:39
Ekoistka.pl: Przed Panią pojęcie kosmetyki świeże nie istniało na naszym rynku. I nagle pojawiła się nowa marka o dziwnej, niepolskiej nazwie fridge by yDe. Nawiązanie do lodówki (ang. fridge) w kontekście kosmetyków świeżych wydaje się jasne, ale co oznacza „yDe" - ideę, czyli pomysł?
Magdalena Beyer: Niektórzy tak to odczytują, ale moim zamysłem było polskie słowo „idę", tyle że w ładniejszej formie graficznej. Słowo „idę" podobało mi się ze względu na swoją wartość i znaczenie, które niesie. W ten sposób powstał pomysł na markę-matkę, której fridge jest, można powiedzieć, pierwszym dzieckiem.
Jest Pani absolwentką gdańskiej ASP. Przez wiele lat była Pani zawodowo związana z branżą reklamową. Jak to się dzieje, że - pewnego dnia - młody pracoholik-reklamiarz, który spędza w firmie po kilkanaście godzin dziennie, a potem prowadzi intensywne życie towarzyskie, postanawia odejść z agencji i diametralnie zmienić swoje życie zawodowe, a podejrzewam, że przy okazji i prywatne?
M.B.: U mnie było odwrotnie - to życie prywatne spowodowało, że zmieniłam swoje życie zawodowe. Dość późno zdecydowałam się na dziecko. Wcześniej wciąż jakoś nie było na to czasu, bo trzeba było coś zdobyć, gdzieś wyjechać, coś załatwić. W ciąży pracowałam niemalże do ostatnich dni. Po porodzie pomyślałam sobie, że jeśli wrócę w ten wir intensywnej pracy, moje dziecko będzie rzadko miało okazję mnie oglądać. A tego nie chciałam. To było moment zastanawiania się co dalej. Wraz z mężem, który jest doświadczonym strategiem marketingowym i biznesowym oraz współwłaścicielem jednej z największych grup reklamowych w Polsce, doszliśmy do wniosku, że może - po latach pracy dla marek klientów - powinnam się zająć stworzeniem naszej własnej marki.
Dlaczego akurat branża kosmetyczna?
M.B.: W międzyczasie szukaliśmy miejsca na dom letni, a ponieważ jestem z Trójmiasta, w sposób naturalny ciągnęło mnie w tamte okolice. Kupiliśmy folwark pocysterski nad morzem, niedaleko Władysławowa. To miejsce z historią, która sięga 1290 roku. Przez wieki było tam gospodarstwo owocowo-warzywne i zielarskie. Nasi sąsiedzi, którzy prowadzą w tamtejszych okolicach gospodarstwo ekologiczne, namówili nas na to, by połączyć siły. Dokupiliśmy ziemię i zaczęliśmy na niej hodować dziką różę, która po łacinie nazywa się rosa rugosa. Od tego roku będziemy tłoczyć z niej olej. Dotychczas kupowaliśmy olej różany z plantacji ekologicznych, ale nikt nie robi oleju z tego gatunku róży, bo jest to bardzo trudne. Rosa rugosa ma wyjątkowo wysoką zawartość naturalnej witaminy C. Jest prawdziwą bombą witaminową i antyoksydantową. Hodujemy też chabry, których ekstrakt jest wykorzystywany do naszego kremu pod oczy, oraz malwę i pokrzywę. Rośliny zbierane są ręcznie i suszone tradycyjną metodą na specjalnych sitach. Uprawy są certyfikowane.
Zaczęło się więc od tej plantacji?
M.B.: Tak. Kolejnym krokiem była wizyta na targach BioFach w Norymbergii. Chcieliśmy zobaczyć co się dzieje w branży kosmetyków naturalnych i ekologicznych. Moja konkluzja była taka, że wszystko jest zrobione „na jedno kopyto". Podobny zapach, podobna konsystencja, podobne składy, podobne opakowania. Już wówczas byłam przekonana, że nic nie jest w stanie przebić natury. Że nawet najdroższe chemiczne kremy nie dadzą skórze tego, co dają naturalne składniki - oczywiście pod warunkiem, że je się odpowiednio dobierze i skomponuje. Pomyślałam wtedy, że może warto „zawalczyć" i stworzyć markę ekstremalną - maksymalnie naturalną, ekskluzywną jeśli chodzi o jakość składników i równie dopracowaną designersko. Marzyła mi się marka, która będzie w stanie konkurować z kosmetykami z najwyższej półki, a jednocześnie będzie od nich inna. I tak zaczęliśmy pracę nad kremami, a po pewnym czasie stało się jasne, że nazwiemy je „fridge". Równolegle trwały prace nad designem - opakowań, lodówki do przechowywania kremów, bo nasze kremy mają trwałość 2,5 miesiąca i można je przechowywać w lodówce.

Jest Pani pomysłodawczynią marki, jak również autorką jej sfery wizualnej, począwszy od logo, poprzez opakowania, a skończywszy na koncepcji wystroju salonu i laboratorium. Kto wspiera Panią jeśli chodzi o receptury samych produktów?
M.B.: Zaczęliśmy od współpracy z Politechniką Łódzką. Pracują tam ludzie, którzy mają olbrzymie doświadczenie w kosmetyce i są bardzo życzliwi. Kasia Wolińska, która jest chemikiem i robi na Łódzkiej Politechnice doktorat, była częścią tamtego zespołu. W tej chwili to ona jest odpowiedzialna za nasze receptury. Choć muszę przyznać, że po tych kilku latach, też się już nieźle na tym znam. Nasze kremy nie były łatwe do zrecepturowania właśnie przez wymóg absolutnej naturalności. Pierwsze próbki kremów psuły się bardzo szybko i wszyscy doradzali: dodajcie odrobinę konserwantów. Czego oczywiście nie chcieliśmy zrobić i nie zrobiliśmy.
Co mają kosmetyki fridge by yDe, a czego nie mają inne kosmetyki naturalne czy ekologiczne dostępne w Polsce?
M.B.: Rynek dzieli się na kosmetyki konwencjonalne i naturalne. Do tych ostatnich zaliczają się kosmetyki ekologiczne. Z tym, że tych ekologicznych certyfikatów jest mnóstwo i tylko wtajemniczeni wiedzą np. co dopuszcza Ecocert. A dopuszcza pewien procent syntetyków, w tym też konserwantów. My nawet nie staramy się o Ecocert, bo surowością przekraczamy normy, które on wyznacza. Używamy wyłącznie składników naturalnych, najwyższej jakości. Jeśli używamy olejów, to tylko tych tłoczonych na zimno, z ekologicznych plantacji. Nie mamy alkoholu, który też jest konserwantem dopuszczalnym w kremach ekologicznych, a na skórę działa bardzo niekorzystnie. Jak przestałam używać kosmetyków konwencjonalnych, a zaczęłam stosować tylko własne kremy, skończyły się moje problemy ze skórą, którą mam bardzo delikatną, cienką i wrażliwą.
Chyba trudno jest w Polsce wybić się z niszowym konceptem kosmetyków świeżych, podczas gdy kobiety zamożne (a taką trzeba być, by móc pozwolić sobie na regularne stosowanie preparatów fridge) raczej sięgają po reklamowane w prasie kobiecej chemiczne preparaty szwajcarskich instytutów czy francuskich firm modowych. Z kolei entuzjastki kosmetyków naturalnych niekoniecznie stać na drogie kosmetyki. Kim są Pani klientki?
M.B.: Na pewno są to konsumentki świadome, na drodze poszukiwania czegoś innego. Są zmęczone markami na pokaz i tym, że chemia zawarta w kosmetykach konwencjonalnych, składa w reklamach niezwykle kuszące obietnice, a w praktyce nie niesie za sobą nic dobrego. To kobiety, które wiedzą też, że cudów nie ma. Że procesu starzenia się nie zatrzyma i że zmarszczki nie znikną. My ze swojej strony mówimy, że poprzez odpowiednią pielęgnację, skóra wzmacnia się z biegiem czasu. Że jeśli skóra będzie regularnie otrzymywać dużą porcję wartości odżywczych, nie ograniczanych żadnymi silikonami, będzie zdrowsza i mocniejsza, więc piękniejsza. Ale nie od razu. Mądre kobiety wiedzą, że nie ma czegoś takiego, jak natychmiastowe wygładzenie skóry. To silikon powoduje, że krem się świetnie rozprowadza i wydaje się fantastyczny, bo po jego nałożeniu skóra sprawia wrażenie gładkiej i promiennej. Tyle, że taki krem pełni tak naprawdę rolę makijażu. Oszukuje optycznie i daje zaledwie złudzenie gładkiej skóry. Mamy klientki, które po regularnym stosowaniu naszych kosmetyków mówią, że nie są w stanie wrócić do kosmetyków konwencjonalnych.
W ofercie by yDe są również naturalne wody zapachowe i zabiegi profesjonalne fridge dla gabinetów kosmetycznych. Gdzie można poddać się tym zabiegom?
M.B.: W hotelu-spa Młyn Klekotki na Mazurach, a w Warszawie w Bellisanie, Zielonej Pomarańczy i naszym butikowym hotelu-spa Number 12 przy ul. Myśliwieckiej. Tych zabiegów nie mamy dużo, dwa na twarz i trzy na ciało, ale każda skóra znajdzie wśród nich coś dla siebie.
Holenderska firma trendsettingowa Trendwatching wydała niedawno nowy raport dotyczący najnowszych trendów na rynku światowym. Fridge by yDe znalazła się w nim jako jedyna marka kosmetyczna w segmencie premium, której produkty wyrastają ponad standardy i wymagania dotyczące certyfikacji kosmetyków naturalnych, czyli jako zupełnie nowa kategoria w kosmetyce - kosmetyki świeże. Co dla Pani znaczy to wyróżnienie?
M.B.: To wyróżnienie nas kompletnie zaskoczyło. Dowiedzieliśmy się o nim od znajomego, który zadzwonił nam pogratulować. Nie jesteśmy przecież specjalnie znani na świecie, choć jakiś czas temu pisał o nas Wallpaper [ekskluzywny brytyjski magazyn lifestyle'owy - przyp. redakcji]. Jeśli chodzi o reklamę, też nie wykazujemy zbyt dużej aktywności - stawiamy na tzw. pocztę pantoflową i rekomendacje zadowolonych klientek, a nie na klasyczne ogłoszenia prasowe. Prawdą jest, że co jakiś czas otrzymujemy maile od ludzi z zagranicy, z tak różnych krajów, jak Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Szwecja czy Japonia, którym podoba się dopracowanie naszych kosmetyków. Twierdzą, że fridge by yDe to koncept, który doskonale wpisuje się w ich potrzeby rynkowe i żałują, że nas tam nie ma. Jesteśmy na etapie rozmów o sprzedaży naszych kosmetyków w Londynie, więc być może pojawimy się tam w tym roku. Z racji specyfiki samych produktów, czyli np. wspomnianych 2,5 miesiąca trwałości, nie jesteśmy marką, która nadaje się do sprzedaży wszędzie bo nie może spędzić kilka tygodni w transporcie czy przeleżeć w hurtowniach. Ten krótki termin ważności, który jest dla nas bardzo ważny i stanowi wartość dla konsumenta, jest kłopotliwy dla dystrybucji.
Czy żyje Pani ekologicznie czy też ekologia w Pani życiu kończy się na kremach?
M.B.: Staram się odżywiać ekologicznie. W naturalny sposób wraz z mężem przeszliśmy na zdrowe jedzenie - jemy dużo warzyw, ciemne pieczywo, ryż pełnoziarnisty. I to nie jest żaden wysiłek z naszej strony, bo takie jedzenie bardziej smakuje. Czasem jednak się złamiemy i wpadniemy do fast foodu, a moją ogromną słabością są słodycze. Chodzenie na zakupy z własną torbą i nie branie foliówek - jestem za. Myślę jednak, że w ekologii ważne jest zachowanie zdrowego rozsądku i szerszej perspektywy. Bo co z tego, że ktoś jeździ Priusem, czyli ekologicznie, skoro wyprodukowanie tego modelu jest dużo bardziej szkodliwe dla środowiska, niż wyprodukowanie samochodu z tradycyjnym silnikiem. Albo co z tego, że robię wysiłek i segreguję śmieci, jeśli one później trafiają i tak do jednej śmieciarki? Ekologiczne gesty są ważne i mają sens - jeśli wszyscy przykładają się do wspólnego ekologicznego wysiłku, na każdym etapie. Dlatego bywam też sceptyczna jeśli chodzi o różne ekologiczne hasła czy pomysły. I uważam, że nie można się w tym pędzie do ekologii ślepo zagalopować.
W 2006r. została wydana książka pt. „Szczurek Du", w której opisała Pani przygody swojego, 2-letniego wówczas, synka i jego szczurka. Książka spotkała się z bardzo pozytywnym przyjęciem. Co z zapowiedzianą drugą częścią książki?
M.B.: Materiał jest w komputerze, tylko czasu wciąż mi nie starcza, by się tym zająć. Jest fridge, jest mój syn, jest książka, która czeka, są bajki, które piszę, są ilustracje, które robię. Dużo rzeczy się dzieje, a doba jest krótka.
Dziękuję za rozmowę.
----------
Wywiad przeprowadziła Aldona Janasik
Zdjęcia: ©Magdalena Beyer/Yde
Kategorie
- ekoBIURO
- ekoBIZNES
- ekoBUDOWNICTWO
- ekoBUJDA
- ekoBYDGOSZCZ
- ekoCYTATY
- ekoCZASOPISMA
- ekoDESIGN
- ekoDOM
- ekoDZIECKO
- ekoENCYKLOPEDIA
- ekoEUROPA
- ekoFILMY
- ekoFRANCJA
- ekoGLIWICE
- ekoGWIAZDY
- ekoHOBBY
- ekoHOLANDIA
- ekoINSPIRACJE
- ekoJESIEŃ
- ekoKARIERA
- ekoKATOWICE
- ekoKONKURSY
- ekoKONSUMPCJA
- ekoKRAKÓW
- ekoKSIĄŻKI
- ekoKUCHNIA
- ekoLATO
- ekoLUBLIN
- ekoLUDZIE
- ekoLUKSUS
- ekoMAJSTERKOWANIE
- ekoMIEJSCA
- ekoMODA
- ekoMOTORYZACJA
- ekoMUZYKA
- ekoMĘŻCZYZNA
- ekoOGRÓD
- ekoPIENIĄDZE
- ekoPLOTKI
- ekoPODRÓŻE
- ekoPOLITYKA
- ekoPOLSKA
- ekoPORADY
- ekoPOZNAŃ
- ekoPRACA
- ekoPRAWO
- ekoPRODUKTY
- ekoPRZEPISY
- ekoPSYCHOLOGIA
- ekoRELACJE
- ekoRODZINA
- ekoSONDA
- ekoSZTUKA
- ekoTECHNOLOGIE
- ekoTESTUJEMY
- ekoTORUŃ
- ekoTRÓJMIASTO
- ekoURODA
- ekoUSA
- ekoWALENTYNKI
- ekoWARSZAWA
- ekoWINO
- ekoWIOSNA
- ekoWROCŁAW
- ekoWYDARZENIA
- ekoWYWIADY
- ekoZARZĄDZANIE
- ekoZDROWIE
- ekoZIMA
- ekoZWIERZĘTA
- ekoŁÓDŹ
- ekoŚWIAT
- ekoŚWIĘTA
- ekoŻYCIE










Komentarze
Idąc dalej, wystarczy, by dany kosmetyk miał w swoim składzie kilkanaście procent składników certyfikowanych ekologicznie, by móc używać nazwy „kosmetyk ekologiczny”.
Pośród istniejących certyfikatów narodowych (Ecocert, Cosmebio, BDIH, Soil Association, itd.), to właśnie Ecocert jest uznawany za najbardziej restrykcyjny, a więc w największym stopniu gwarantujący jakość. Być może, paradoksalnie, właśnie dlatego jest najbardziej popularny - zgodnie z myślą, że jeśli już coś certyfikować, to najlepiej sięgać po najlepszy, czytaj najbardziej wiarygodny certyfikat.
Ponadto, w kwestii certyfikatów, rok 2009 przyniósł pewne przetasowanie - pojawiły się nowe, europejskie organizmy certyfikujące o nazwie NaTrue i Cosmos-Standard. Ten pierwszy już certyfikuje, ten drugi właśnie zakończył opracowywanie swoich standardów. O NaTrue i Cosmos-Standard szerzej piszemy w artykule „NaTrue i Cosmos-Standard: nowi gracze na rynku europejskich instytucji certyfikujących kosmetyki naturalne i ekologiczne”.
Oczywiście mam na myśli osobę, która zna te kosmetyki bo ich używa/ła a nie znów gadanie dla gadania?
Do tego jeszcze nieprawdziwe opisy od szablonu typu "Bogate w kwasy omega 3, 6 i 9 oleiste serum to preparat o silnych właściwościach regeneracyjnych i odżywczych" - w którym miejscu olej z orzechów makadamia i słodkich migdałow sa bogate w kwasy omega 3 i 6? I jeszcze ta cena za 35 ml tych dość tanich olejów! Nie ładnie :/
Po co więc takie kremy czy sera, chyba tylko po to żeby mieć co wcierać z przyzwyczajenia.
Niestety firma odpada w przedbiegach przy innych polskich wynalazkach jak Phenome, nie mówiąc już o dopieszczonych na maksa produktach Pat&Rub, ciekawe więc dlaczego najuboższe jest najdroższe?
Produkty beztłuszczowe tak samo ubogie, nie różnią sie znacząco od innych tego typu, zastanawia mnie czemu uzywaja tylko takich pospolitych olejów, kiedy tyle cudów jest dostępnych, jak olej tamanu, z pestek malin, rokitnika, konopny, czarnuszki, pachnotki, rózy piżmowej, jojoba i inne o dużo ciekawszych i szerszych własciwościach? Jak można pisać o bogactwie w NNKT, kiedy używa sie olejów i maseł ubogich lub całkowicie pozbawionych tych kwasów?
Kolejna rzecz, jak można produkty określane jako "bez konserwantów" pakować do najmniej higienicznych opakowań - słoiczków !!!??? i jeszcze pisać że można ale NIE TRZEBA trzymać ich w lodówce i to przez 2,5 miesiąca?
Dla kogo są więc te produkty? Bo napewno nie dla kobiet świadomych.
Może zamiast skupieć sie na tworzeniu sztucznych kategorii, jak "jej twarz", "jego twarz" czy "seria profesjonalna", lepiej rozszerzyć zakres stosowanych olejów i maseł w odpowiednie dla cer innych niż bezproblemowa?