Wywiad dnia: o malowaniu ekologicznymi farbami, o magii naturalnych zapachów i o odwadze prowadzenia nieśpiesznego życia rozmawiamy z Justyną Neyman, malarką

Justyna Neyman/©Neyman.plEkoistka.pl: Pani malarstwo jest nietypowe i interesujące z wielu względów. Tematycznych, bo maluje Pani zwierzęta, ale w niekonwencjonalny sposób. Warsztatowych, bo Pani obrazy urzekają pogodnością i pewną bajkowością. Wreszcie technicznych, bo maluje Pani farbami ekologicznymi. Skąd taki pomysł?

Justyna Neyman: Pierwotnie zakładałam, że moje obrazy - z racji zwierzęcej tematyki i tej bajkowej konwencji właśnie - trafią przede wszystkim do pokojów dziecięcych i w tym kontekście kwestia bezpieczeństwa, czyli braku toksyczności, była dla mnie bardzo ważna. Co prawda życie zweryfikowało moje początkowe założenia i okazało się, że większość dorosłych kupuje moje obrazy dla siebie, ale pozostałam wierna tym farbom, bo są zwyczajnie lepsze. Łatwiej się nimi maluje, nie mówiąc o tym, że przy malowaniu mam szczególny zwyczaj oblizywania pędzli - nie chce mi się iść do umywalki, i w przypadku tych farb mogę to spokojnie robić. Mam w ten sposób przeświadczenie, że nic, co wychodzi spod mojej ręki nie jest trujące, choć oczywiście obraz służy do oglądania, a nie lizania.

Dyzio, Piesek zielony/©Neyman.pl
Czy dla ludzi, którzy kupują Pani obrazy ekologiczna technika ich wykonania jest ważna?


J.N.: Dla osób, które kupują obraz do pokoju dziecięcego - bardzo. Nie zdarzyła mi się jeszcze sytuacja, w której by nie padło pytanie o to, czy farby są nietoksyczne. I wtedy mogę ze spokojnym sumieniem odpowiedzieć: tak, są w stu procentach bezpieczne.

Jak scharakteryzowałaby Pani swoje malarstwo?

J.N.: Wielokrotnie robiłam takie próby, ale nie udało mi się znaleźć lepszego określenia niż to, które stworzył dyrektor Centrum Sztuki Współczesnej, a powiedział on, że uprawiam malarstwo liryczne, ilustracyjne. Określenie „liryczne" bardzo mi się spodobało, choć dla dyrektora było to dyskwalifikujące w kontekście potencjalnej wystawy przy Centrum Sztuki Współczesnej. Chodzi o to, że artysta, chcąc być tam oglądany, musi co najmniej „wypruwać sobie flaki" w procesie twórczym, co jest mi zupełnie obce, mimo, że często zmagam się z obrazem.

Kobyła/©Neyman.pl
Powiedziała Pani niedawno, że żyje niespiesznie, poza nurtem tak powszechnego w dużych miastach ciągłego pędu do przodu i chronicznego braku czasu, że nawet pojawienie się na świecie Pani synka niewiele w tym rytmie zmieniło. A przecież jeszcze kilka lat temu było inaczej - pracowała Pani w agencji reklamowej, a jest to środowisko, w którym pracuje się i żyje wręcz w dzikim pędzie. Jak to się stało, że postanowiła Pani zwyczajnie zwolnić tempo?


J.N.: Obowiązuje jakiś przedziwny kanon na prześciganie się w wyliczaniu wszystkiego tego, na co nie mamy czasu. Mam wrażenie, że wręcz nie wypada mówić „mam czas". Wśród osób które znam, niewiele, niestety, jest takich, które wiecznie się nie śpieszą. Jeśli o mnie chodzi, to z pracy w agencji reklamowej zrezygnowałam z dnia na dzień. I zainicjował to kompletny przypadek. Wracałam kolejny raz późnym wieczorem autobusem do domu. Byłam tak zmęczona, że przejechałam przystanek, na którym powinnam była wysiąść. Postanowiłam, że przejdę go piechotą. Był piękny majowy wieczór. Idąc Krakowskim Przedmieściem, doszłam do mojego wydziału na Akademii Sztuk Pięknych i doleciał do mnie stamtąd charakterystyczny zapach, dobrze znany z czasów studiów - terpentyna, trochę kalafonii, odczynniki z grafiki warsztatowej. Nagle poczułam, że drastycznie się oddaliłam od tego, czym zawsze chciałam się zajmować. Że poświęcam kilkanaście godzin dziennie na robienie rzeczy zupełnie nieistotnych, przykładowe przesuwanie napisów w reklamie margaryny o milimetry. Poczułam wtedy nie tylko, że chcę, że muszę wrócić do malowania, ale też, że wiem dokładnie, jak ma ono wyglądać. Zdałam sobie sprawę, że coś mnie wcześniej hamowało od malowania zwierząt, zwłaszcza w takim wydaniu bajkowo-krasnoludkowym, aż tego wieczoru powiedziałam sobie „dlaczego nie?".

Jeżyk, Ptaszek, na który mówią sowa/©Neyman.pl
Co się wydarzyło następnego dnia?


J.N.: Następnego dnia akurat miałam wolne, więc wybrałam się do swojego profesora z grafiki, który był i nadal jest dla mnie ogromnym autorytetem. I on powiedział mi: „Marysiu..." - tu muszę wyjaśnić, że profesor do wszystkich studentek mówił Marysiu, a do wszystkich studentów Jasiu - „Marysiu, malowanie to nie jest coś takiego, co możesz sobie wybrać i wyliczyć czy ci się opłaca czy nie, czy będziesz miała na rachunki czy też nie. Malowanie jest jak zakochanie, po prostu spada jak grom z jasnego nieba. Czujesz, że musisz to robić i już. Jeśli więc nie znasz odpowiedzi na pytanie czy masz malować czy nie, to możesz od razu wyjść. Ale ja myślę, że ty znasz odpowiedź i przyszłaś po to, by ją usłyszeć." Następnego dnia przestałam pracować w reklamie i zaczęłam malować. Pamiętam, że rozpierała mnie energia, dawno zapomniana. Wtedy też pomyślałam sobie, że wprawdzie kosztem mniejszych zarobków, ale wreszcie będę robić to, na co mam ochotę i że wspomnienie Akademii Sztuk Pięknych nie będzie wywoływało poczucia winy.

Jak na tę decyzję zareagowało Pani otoczenie?

J.N.: Na pierwszą wystawę zaprosiłam znajomych z roku. Okazało się, że poza mną nikt nie pracuje w zawodzie. Że ludzie od lat nie mieli pędzla w ręku - tak samo zresztą jak ja, zanim podjęłam decyzję. Moi znajomi z jednej strony mi zazdrościli, ale z drugiej mówili też, że nie stać by ich było na taki krok, związany ze zmianą nie tylko stylu życia, ale też pewnych standardów. Uważali, że podjęłam bardzo odważną decyzję. Dla mnie to nie była odwaga - czułam, że nie mam wyboru. Że ja po prostu muszę, więc zastanawianie się czy robię dobrze czy niedobrze podejmując taką decyzję nie ma sensu. A dziś zbieram owoce tamtej zmiany. Żyję więc sobie nieśpiesznie, według własnego rytmu, co nie znaczy, że nie potrafię sobie narzucić ostrego tempa, kiedy trzeba wykończyć obraz w konkretnym terminie. Ale wtedy to jest mój wybór.

Pudel magnum/©Neyman.pl
Gdzie można obejrzeć i kupić Pani prace?


J.N.: Można je obejrzeć na mojej stronie internetowej. Mam natomiast trochę „niszowe" podejście do tradycyjnych wystaw. Chcę, by w ramach wystawy moje obrazy uprzyjemniały użytkowe wnętrza. Dlatego wystawiam w różnych klimatycznych miejscach - kawiarniach, herbaciarniach, restauracjach. To tak trochę obrazy "do kotleta". Z galeriami nie współpracuję z kilku powodów - biorą olbrzymie prowizje, co przekłada się na sztuczny wzrost cen obrazów, bez zysku dla artysty. Poza tym zazwyczaj stawiają wymóg oprawiania obrazów przed wystawą, a moje prace często wyglądają lepiej jak są nie oprawione. Specjalnie używam na przykład dykty jako podłoża malarskiego, często podniszczonej. To dodaje specyficznego smaku. Wreszcie galerie niechętnie patrzą na obrazy malowane nie na płótnie, a takich obrazów mam niewiele. Zdaję sobie sprawę, że w ten sposób skasowałam w pewnym sensie możliwość osiągnięcia prestiżu, ale mam za to poczucie, że sama zajmując się wystawami zachowuję niezależność, a więc również szczerość.

Czy maluje Pani również na zamówienie? Jakie są ceny Pani obrazów?

J.N.: Maluję także na zamówienie. A ceny obrazów mieszczą się w przedziale od stu pięćdziesięciu do tysiąca pięćset złotych, w zależności od rozmiaru.

Pekińczyk ofiara prysznica, Dzik/©Neyman.pl
Drugą Pani pasją, obok malarstwa, są zapachy i to te w wydaniu naturalnym.


J.N.: Jestem pasjonatką perfum i zapachów, szczególnie naturalnych. Zbieram zapachy, wymieniam się nimi z osobami, które są podobnymi do mnie pasjonatami - nazywamy siebie perfumoholikami - mamy swoje zloty. Mój mąż, który też jest węchowcem, bezbłędnie potrafi rozpoznać, które perfumy powstały na bazie składników naturalnych, a które syntetycznych. Ubolewam nad tym, że przemysł perfumeryjny robi się coraz bardziej sztampowy i sztuczny. Na szczęście obok zapachów masowych, pojawiają się perfumy niszowe, robione z naturalnych ekstraktów. Oczywiście są one droższe, ale również piękniejsze. Jaśmin pachnie jak jaśmin, a nie jak jakiś plastikowy twór. Masowe perfumy są tak skonstruowane, by olśnić w ciągu pięciu minut, bo tyle czasu współczesny klient spędza w sklepie na ich testowaniu. Dziś rzadko kto chce poświęcać czas zapachowi - rozbierać go na części, obserwować, jak się pojawiają kolejne nuty i jak się dany zapach rozwija czy układa. Naturalne, niszowe perfumy nie są łatwe, podobnie dawne perfumy, nazywane "babcinymi", bo wymagają właśnie takiego uważnego, nieśpiesznego odkrywania. To przypomina smakowanie potraw robionych z naturalnych składników. Albo słuchanie muzyki klasycznej czy jazzu.

Czyli znów ważne jest mieć czas.

J.N.: Dokładnie tak. Kiedyś malarstwo i zapachy traktowałam jako oddzielne pasje. Dziś coraz częściej łączą się ze sobą. Używam zapachów również w trakcie malowania - wącham je, a one inspirują mnie, przede wszystkim kolorystycznie. Nie da się tego robić w pośpiechu. Mój dwuletni synek, który jest bardzo towarzyski, często wyciąga do ludzi rękę w geście, który wygląda jakby dawał ją do całowania, co oczywiście wywołuje konsternację. A on widzi, jak ja wielokrotnie „wwąchuję się" w zapach na dłoni i powtarza mój gest. Zresztą pośpiech przy wychowywaniu dziecka również jest szkodliwy. Jest jeszcze jedna wielka różnica wynikająca ze zwolnienia tempa. Ostatnie stwierdzenie, jakiego mogłabym użyć, to "jak ten czas szybko leci". Wieczorami wydaje mi się, że od poranka minęła cała wieczność - tyle się stało! Bardzo mi jest dobrze z tym poczuciem.

Dziękuję za rozmowę.

---------
Wywiad przeprowadziła Aldona Janasik
Zdjęcia: Justyna Neyman/©Neyman.pl
Kontakt do artystki: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Więcej wywiadów w dziale ekoWYWIADY. Więcej sztuki i designu w wydaniu ekologicznym w działach ekoSZTUKA i ekoDESIGN.

Warto przeczytać: artykuł o perfumach naturalnych i ekologicznych.


Komentarze

avatar makarena
0
 
 
faktycznie trzeba odwagi, by zerwać ze środowiskiem reklamowym. wiem coś o tym, bo tkwię w nim po uszy. wszyscy wokół mówimy o tym, że już niedługo, już wkrótce, skończymy z pracą w reklamie i zajmiemy się czymś "naprawdę ważnym". copywriterzy - napisaniem książki lub scenariusza, art directorzy - powrotem do malarstwa, accounci - otworzeniem własnego, bardziej aspiracyjnego biznesu. ale mijają miesiące i nic z tym nie robimy bo zwyczajnie dopada nas strach.
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
avatar baba ze wsi
0
 
 
Justyna dawno Cię nie widziałam, mam nadzieję,że nas odwiedzisz z Wojtkiem i Guciem Gucio jest świetny a Twoje obrazy cudne chwała Bogu,że nie uległaś komercji. Pozdrawiam Teresa Smirnow z Lipowa
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
avatar Monika Jucewicz
0
 
 
Gratuluję, Pani Justyno, powrotu do swojego naturalnego, instynktu, czy pamięta Pani swoje roślinki na okładki "Powrotu do natury"?, była Pani na pierwszych latach studiów i już wtedy wiedziała Pani, czego chce - od siebie samej i świata.
Podzielam Pani namiętność węchową do naturalnych zapachów.
Zajmuję się trochę aromaterapią w kosmetyce.
Byłabym wdzięczna, gdyby Pani się odezwała.
Pozdrawiam serdecznie
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz