Ekoszpieg w krainie deszczowców (1) - Powiedz mi czy rowerem jeździsz, a powiem ci czy Holendrem jesteś

Rowery w Amsterdamie

Moja przygoda z krainą deszczowców rozpoczęła się jakiś rok temu.

W wieku lat 35 stwierdziłam, że to, co mnie otacza - korporacyjna rzeczywistość, betonowy nurt życia podążający w stronę niezdefiniowanego "dobrobytu" z towarzyszącym mu stresem - chyba nie jest, nie może być jedynym scenariuszem na życie. Postanowiłam zrobić krok w bok (dla tzw. „życzliwych" obserwatorów był to krok w tył) i przyjrzeć się czy jest coś więcej. Czy może być dobrze, jeśli będzie inaczej?

Patrzono na ten mój krok z niedowierzaniem i lekkim współczuciem. Bo przecież - cytuję - „ona tak się świetnie w tym życiowym sprincie odnajduje". Tak, odnajdowałam się, bo jedna z moich natur to zapewne krzyżówka z kameleonem. Świetne dostosowanie do panującego ekosystemu sprawia trudność innym w rozpoznaniu, co tak naprawdę w duszy gra takiemu kameleonowi, jak ja. A mi grało, wyło wręcz za odpoczynkiem, dystansem, życiem z ludźmi (a nie obok) i odnalezieniem wewnętrznego balansu.

No i wyjechałam do Holandii zostawiając dyrektorskie przywileje, dobre zarobki, morze nieszczerości wokół i niezdrowych kompromisów wewnątrz, ale też sprawdzonych przyjaciół, rodzinę, piękne okoliczności przyrody... Ech, nie była to łatwa decyzja. Spakowałam 45 pudeł i zamieszkałam wśród wiatraków, tulipanów (prawdę powiedziawszy jesienią widziałam je jedynie w kwiaciarni) i dżdżu - naturalnej pogody dla prawie 17 milionów Holendrów.

Aklimatyzacje rozpoczęłam od podglądania zwyczajów tubylców i wtedy zrozumiałam....Holandia rowerami stoi! No to ja chyba też muszę mieć rower?! Ta myśl nie napawała mnie pozytywnie. Szczerze mówiąc, ja i rower to stary romans sprzed kilkunastu lat, który o mało nie zakończył się oglądaniem podwozia pewnego autobusu relacji Białystok-Suwałki. Szczęśliwie uniknęłam jednak tej niespodziewanej lekcji mechaniki samochodowej, boleśnie lądując na chodniku. Skończyło się to siniakami, zadrapaniami i awersją do podroży rowerowych w ruchu miejskim na dobre 15 lat.

Gazelle quadrupletteNo ale tutaj, w Holandii, to właściwie nie wypada roweru nie mieć, czy też nim nie jeździć. Wtopiły się tak mocno w miejski krajobraz, że nie da rady je pominąć. Zainteresowało mnie to "zjawisko" powszechnego, publicznego użytku. Skąd ta cała fascynacja tym narodzie? W ten właśnie sposób zaczęłam szpiegowską działalność, przy okazji mając nadzieję na oswojenie dwukołowej bestii i mój rychły powrót na rowerowe drogi.

Holenderski boom na rowery zaczął się w 1866 roku, kiedy to pewien Francuz o nazwisku Michaux zbudował stalowy model o nazwie velocipede, który wynalazł 2 lata wcześniej. Model ten wpadł w oko holenderskiemu baronowi Otto Groenix van Zoelen. Zaczęto importować te niesamowite wehikuły i stworzono szkoły nauki jazdy na rowerach, a już w 1869 przedsiębiorca i wynalazca Henricus Burgers rozpoczął własną produkcję. Odtąd Burgers jest znany jako ojciec holenderskiego przemysłu rowerowego.

holenderska reklama rowerówRadość rowerowych przejażdżek była na początku ekskluzywnym sportem dla elit. Powstawały pierwsze stowarzyszenia i kluby rowerowe. Ale już w 1896 roku slogan „wszyscy na rowery" rozpoczął prawdziwą rowerową rewolucję. Rolnicy porzucali konie, listonosze piesze wycieczki. Policja zaczęła używać rowerów, a nawet zagościły one w ...wojsku (istniał specjalny batalion rowerowy z zamontowaną na rowerach bronią maszynową).

Na przełomie wieku XIX i XX potrzeba taniego środka lokomocji była ogromna i takie kryterium spełniał właśnie rower. W dzisiejszych czasach rowerem w Holandii jeździ się wszędzie - do szkoły, do pracy, do teatru i na ryneczek po warzywa. Przed każdym z budynków znajdzie się miejsce żeby postawić rower i przymocować go, zabezpieczając przed ewentualną kradzieżą. Tak, niestety, i to się zdarza. Jak mnie wtajemniczono, zwłaszcza w piątkowe i sobotnie wieczory, kiedy to „zmęczeni" tradycyjnymi wyrobami browarów Holendrzy nie mają ochoty z buta wracać do domu, a nie przyjechali rowerem, bo w planach mieli właśnie zamiar zakosztować piwa (zakaz jazdy po alkoholu dotyczy również rowerów). Przez między innymi takich amatorów cudzej własności, większość rowerów jest w Holandii ubezpieczona - wystarczy pokazać dwa kluczyki do zamka zabezpieczającego rower i zwrot pieniędzy gwarantowany.

Holandia znana jest z tego, że jest płaska. To niewątpliwie też przyczyniło się do popularności roweru w tym kraju. Mnie urzekła obecność tak wielu dróg rowerowych. W Holandii takich dróg jest - uwaga - ponad 20 tysięcy km. O ile się nie mylę, to w Polsce ( prawie 3 razy większej niż Holandia!) dróg „normalnych" (tj. samochodowych) jest ok. 25 tysięcy.

Holenderskie drogi rowerowe to wcale nie są ścieżki zbudowane równolegle do dróg, a przynjamniej nie zawsze. O wiele częściej spotyka się wydzielony po prawej stronie „zwyczajnej" drogi pas dla rowerów. Kierowcy, mimo, że nie należą do najcierpliwszych, rowerzystów traktują jak partnera na drodze. Cierpliwie zwalniają i bacznie uważają, bo każdy kierowca to właściwie również rowerzysta. Na ponad 16 milionów Holendrów przypada prawie 14 milionów rowerów.

cargobike
Obserwuję codziennie ludzi na rowerach zwanych przez nas holenderskimi, a tutaj noszących nazwę omafiets (rower babciny).
Niesamowite jest, że tak dużo ludzi - i to w różnym wieku - na tych rowerach pomyka. Babcie i dziadkowie, matki z dziećmi w specjalnych wózkach, krzesełkach czy budkach, całe rodzinki na rowerach, a także ekscentryczne panie z pieskami w rowerowych koszyczkach. Widok parkingów rowerowych przy każdej stacji kolejowej (czy przystanku autobusowym), zapełnionych kolorowymi, różnorodnymi rowerami jest urzekający.

Ogromna popularność roweru i przystosowanie kraju do tego pojazdu pociągnęły za sobą rozwój turystyki. Być może Holandia nie może konkurować z pięknymi plażami i słońcem Hiszpanii, Grecji czy Włoch, ale tzw. wakacje rowerowe zaczynają być bardzo poważną gałęzią przychodów z turystyki. Są specjalne tygodniowe trasy, gdzie - oprócz przyjemności z zażywania ruchu i oglądania krajobrazów - poznaje się kulturę Holandii.

holenderska wypożyczalnia rowerowa
Za rozkwitem turystyki rowerowej poszedł rozwój wypożyczalni.
Konkurencja sprawia, że ceny są tam przystępne, a rowery - dobre. Widok turystów z Japonii obfotografujących namiętnie każdy róg Amsterdamu i poruszających się pomiędzy poszczególnymi atrakcjami na rowerze - niesamowita rzecz.

Holendrzy pomyśleli również o tych, którzy nie wyobrażają sobie pedałowania po ich kraju na innym rowerze niż swój. Linie lotnicze KLM Royal Dutch i Martinair zapewniają specjalne opakowania, żeby móc przetransportować swój dwukołowy pojazd do Holandii. Kolej oczywiście również jest dostosowana do przewozu rowerów na każdej trasie. To naprawdę narodowa sprawa.

Jestem z pokolenia, które zdawało na kartę rowerowa w podstawówce, w sztucznej rzeczywistości tzw. miasteczka rowerowego (czy to się nadal praktykuje?). Tutaj egzamin dzieci zdają na prawdziwej ulicy. To specjalne wydarzenie jest starannie przygotowane przez szkołę, nauczycieli i rodziców. Wybrana jest dłuższa trasa w miejscowości i poza nią. Przy trasie są ustawione punkty kontrolne - jedne po to, by sprawdzić jak delikwent zna się na znakach i przestrzega kodeksu ruchu drogowego, inne - żeby mógł się napić i odebrać mapkę dalszych etapów. Po egzaminie dzieci wraz z rodziną i przyjaciółmi świętują w parku. A potem już można na rowerze do szkoły. Wycieczka szkolna, w większości przypadków, również - zamiast autokarem - jest rowerowa. Nawet ta w odległości 40-50 km. Zdrowiej, ekologicznie i jaka frajda!

rower na słupieW kontekście holenderskiej rowerowej sielanki niepokoi mnie tylko jeden fakt: brak śladów używania kasków. Widuje się je na tzw. szybkich rowerzystach, śmigających na swoich kolarzówkach lub góralach. W przypadku tych najbardziej rozpowszechnionych rowerów, to zabezpieczenie się nie przyjęło. Faktem jest, że rozwijane prędkości nie są ogromne. Pewnie też trochę dziwnie by taki kask wyglądał w zestawieniu z babcinym rowerem. Mimo wszystko byłoby jeszcze bezpieczniej, zwłaszcza dla dzieci. Może producenci kasków powinni pomyśleć o fasonie pasującym do "holendrów"? Tym bardziej, że wszelkie akcesoria rowerowe są w Holandii bardzo modne: ochraniacze na siodełko przed deszczem we wszelkie możliwe wzory, siodełka z wypełnieniami silikonowymi, żeby się nie robiły siniaki w newralgicznych miejscach, siodełka dla Pań jeżdżących w spódnicach, ozdoby na szprychy, itp. itd.

A co z moją osobistą rowerową przygodą? Otóż zostałam dumną właścicielką czekoladowego roweru w dziesięć herbacianych róż. Od razu poczułam się lepiej w krainie deszczowców. Mądrość ludowa podpowiada: chcesz być zaakceptowanym przez ludzi w innym kraju? Spróbuj nauczyć się ich języka i zaadoptuj ich zwyczaje. To prawda i - w przypadku holenderskich zwyczajów rowerowych - wielka przyjemność! Tot ziens!*


* do zobaczenia


Komentarze

avatar :)
0
 
 
A gdzie zdjęcie czekoladowego roweru w dziesięć herbacianych róż?
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz