Ekoszpieg w krainie deszczowców (3) - Zimowo mi i reklamowo

Scena na lodzieBiała Holandia to dość niespotykane zjawisko. Ale tak jest, zasypało puchem krainę deszczowców. Ponoć ostatni raz widziano tutaj śnieg, dłużej niż przez parę dni, w 1981 roku. Dziewiętnaście lat temu!

Ogólnie jest cudownie, widoki jak na obrazach Hendrick'a Avercamp'a, holenderskiego pejzażysty z przełomu XVI i XVII w., specjalizującego się w scenach zimowych. Zamarznięte sadzawki, jeziora i uśmiechnięci ludzie, z czerwonymi od mrozu policzkami, żwawo i z gracją mkną wesołymi grupkami na łyżwach. Zorganizowane grupy chłopców i dziewcząt ochoczo „walczą" ze sobą, grając w hokeja na lodzie (w hokeju na trawie deszczowcy są światową potęga). To sielskie obrazki z tej zimy.

Z drugiej strony zima sparaliżowała transport. Tak, tak...to nie tylko polska domena. Z tym, że - przyglądając się statystykom pogodowym poprzednich kilkunastu lat - holenderskich drogowców zima faktycznie mogła zaskoczyć. Co więcej, w Holandii nie ma prawie w sprzedaży (a już na pewno nie ma w użyciu) tzw. opon zimowych. Brak! Nie ma! Nie produkuje się!

Scena na lodzie pod miastem (1610)Opony zimowe można ewentualnie sprowadzić z Niemiec na życzenie klienta, ale jest to niezwykle droga przyjemność.

Znani więc z oszczędności Holendrzy ich nie sprowadzają. Także, oprócz widoków zgrabnych łyżwiarzy mknących w różnych kierunkach, da się zauważyć, a czasem i przeżyć, równie ciekawe w swojej formie, lecz mrożące krew w żyłach scenki baletu na lodzie w wykonaniu samochodów - tych mniejszych i tych całkiem sporych.

Dla postronnego obserwatora taki samochodowy taniec wygląda naprawdę zjawiskowo. Te piruety, zygzaki i ślizgi ogromnych brył... brakuje tylko podkładu muzycznego typu „Bolero" Maurice'a Ravel'a, gry świateł i laserów, a otrzymamy widowisko godne największych scen baletowych. Z punktu widzenia uczestnika tego przedstawienia (a miałam wątpliwą przyjemność nim być), wieje grozą: człowiekowi przemyka przed oczami całe jego życie. Co więc najlepiej uczynić? Zostać w domu na kanapie z ciepłą herbatą w kubku.

Wolałabym, rzecz jasna, pośmigać na łyżwach, ale za dwa tygodnie mam kolejne egzaminy językowe i - chcąc nie chcąc - muszę przesiadywać na kanapie. Jak już wystarczająco się zapluję (przepraszam za tak dosłowne wyrażenie), próbując właściwie wypowiedzieć coś w języku tubylców, to włączam dla odmiany telewizję. Holenderską, żeby jednak tę przerwę właściwie spożytkować.

Scena na lodzie (ok. 1625)Holenderskie stacje telewizyjne, podobnie jak polskie, lubują się w przerwach reklamowych.

Nie są to jednak przerwy tak długie, jak w Polsce. Obserwuję reklamy z czystej ciekawości zawodowej - przez ostatnie 11 lat zajmowałam się bezpośrednio lub pośrednio reklamą. Nie mogę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem formy. Czy żeby jakość produkcji tutejszych filmów reklamowych była powalająca. Co więcej, większość bazuje na rubasznym poczuciu humoru, co jest średnio odkrywcze i wyróżniające... ale ja nie o tym chciałam.

Jest w tych wszystkich holenderskich reklamach coś wspólnego, co przykuło moją uwagę. Niezależnie od branży (samochody, płyny do prania, kosmetyki pielęgnacyjne i - oczywiście - jedzenie), regularnie przewija się w nich motyw ekologiczny i nawiązanie do zdrowego trybu życia. Nie chodzi tutaj wcale o reklamę jakichś niszowych produktów żywnościowych, pochodzących z upraw ekologicznych, czy biodegradowalnych płynów do prania ciuchów. To wielkie koncerny i ich produkty, wyposażone w odpowiednie certyfikaty i symbole umieszczone na opakowaniach (np. Ik kies bewust = wybieram świadomie), sięgają do takiego przekazu.

Popularne marki proszków do prania, znane również w Polsce, chwalą się, że ich najnowsze „dziecko" jest skoncentrowane tak sprytnie i tak przemyślanie, że ma to wpływ na cały proces prania: oszczędza wodę, skraca czas prania, ogranicza pobór prądu, emisję dwutlenku węgla, itp., itd. W fazie końcowej tej wyliczanki (wg producenta) prowadzi to do zdecydowanego zniwelowania zagrożenia dla środowiska naszej planety. Zastanawiające!

Można - i oczywiście warto - pochylić się nad tematem czy te składane w reklamie obietnice oraz podkreślane tak mocno fakty są prawdziwe. Mnie natomiast zastanowił fenomen masowości takiego rodzaju przekazu w telewizji.

Scena zimowa na kanaleW Holandii wielkie korporacje w reklamach swoich produktów masowo stawiają na szeroko rozumianą ekologię i promują zdrowy styl życia.

Czyżby w społeczeństwie holenderskim czysty konsumpcjonizm oraz zaspokajanie najprostszych potrzeb (pranie ma być śnieżno białe, kosmetyk ma mnie odmłodzić o 50 lat, jedzenie ma być smaczne i ładne, rodzina ma być zawsze uśmiechnięta i koniecznie wg modelu 2+2, koledzy mają mi zazdrościć, koleżanki zielenieć z zawiści, a jak już nie ma innego pomysłu to pamiętajmy, że goła baba sprzeda wszystko) nie były już kluczem dotarcia do klienta?

Szczerze mówiąc, nie zauważyłam w codziennym obcowaniu z deszczowcami jakiejś nadzwyczajnej „jazdy na ekologię". Nie jest to tutaj żaden trend, żadna moda, która szybko może przeminąć. Nie jest to nawet jakoś specjalnie eksponowane przez samych ludzi - nikt nie chodzi trąbiąc dookoła czego to on nie robi dla ochrony środowiska, poprawy życia i przyszłości planety. Nikt nie zwraca uwagi innym co wypada, a co nie, podążając ścieżką eko. Nie jest to też temat rozmów przy uroczystościach rodzinnych i innego rodzaju imprezach okolicznościowych.

Świadomość ekologiczna wydaje się być po prostu nierozerwalną, aczkolwiek niekoniecznie podkreślaną i celebrowaną, częścią codziennej, holenderskiej rzeczywistości. Wygląda to wręcz na jakiś zapis na poziomie komórkowym, wynikającym - być może (to już moja teoria) - z odwiecznej walki Holendrów z żywiołem jakim jest woda.

Woda to niewątpliwie duże, nieustanne i bardzo realne zagrożenie dla kraju położonego w dużej części w sporej depresji, jakim jest Holandia. Woda to niebezpieczeństwo, ale też symbol, który uczy szacunku do praw natury, do ciągłej obserwacji zmian w ekosystemach i do niebagatelizowania skutków efektu cieplarnianego, wywoływanych naszą mało chlubną działalnością.

ZimaWracając jednak do samych reklam, sprowokowały mnie one do postawienia sobie pytania z gatunku: „co więc było najpierw - kura czy jajko?".

Czyli: czy to (marketingowo ujmując) potrzeba klienta, wyrażająca się w dążeniu do życia w zgodzie ze środowiskiem, spowodowała takie podejście korporacji, że główny przekaz reklamowy skoncentrował się na pro-ekologicznych aspektach ich produktów? Czy to raczej świadomość ekologiczna i pewnego rodzaju wizjonerskie postrzeganie przyszłości przez zarządy tych ogromnych firm (w końcu to też zazwyczaj Holendrzy) sprawiła, że właśnie w tę stronę kierują zarówno procesy technologiczne, jak i komunikację reklamową, a produktem ubocznym tej komunikacji jest edukacja ekologiczna klienta?

Nie jestem w stanie sobie na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć, ale będzie to na pewno tematem mojego dalszego eko-szpiegowania. Przy okazji, być może, znajdę odpowiedź na jeszcze jedno pytanie: dlaczego te same produkty, które są w Holandii reklamowane ekologicznie, w Polsce nie są promowane w ten sposób, a przynajmniej nie tak mocno? Czy polski konsument jest inny? Mniej zainteresowany ekologią? Mniej ekologicznie wyedukowany i mniej świadomy? Mam nadzieję, że jednak nie. Jak się czegoś dowiem - uprzejmie doniosę. A tymczasem: tot ziens!

----------
Ilustracje: Hendrick Avercamp, Scena na lodzie, Scena na lodzie pod miastem (1610), Scena na lodzie (ok. 1625), Scena zimowa na kanale, Zima - fragmenty.


Komentarze

avatar Pesymistka
0
 
 
Ciekawa jestem Pani wniosków, ale nie jestem optymistką. Podskórnie czuję, że odpowiedź na Pani ostatnie pytania są twierdzące. Tak, polski konsument jest mniej zainteresowany ekologią, mniej ekologicznie wyedukowany i mniej świadomy. Wystarczy się rozejrzeć wokół. Niestety.
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
avatar Tak jest
0
 
 
W Polsce naprawdę ekologicznie żyją 2 grupy ludzi: 1. bardzo bogaci, a jednocześnie bardzo świadomi ekologicznie ludzie (tj. ci, którzy są ponad swoje bogactwo, nie muszą nic udowadniać i nie muszą żyć na pokaz, znudzili się tymi wszystkimi markami, metkami i pędem do konsumpcji), 2. bardzo biedni i raczej nieświadomi ekologicznie ludzie (tj. ci naprawdę biedni, których np. nie stać na kupowanie plastikowej, hipermarketowej tandety, mieszkają na wsi, wszystko sami sobie robią i oszczędzają to, co mają, bo zwyczajnie muszą, żeby przetrwać). Obydwie grupy to promil.
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
avatar Średniaczka
0
 
 
Co wg Ciebie znaczy żyć ekologicznie? Jeśli chodzi Ci o powrót do życia jak za króla Świeczka czyli mycie się raz na tydzień (cała rodzina w tej samej wodzie bo ją oszczędzamy) i chodzenie spać z kurami (oszczędzamy energię), to ja nie żyję ekologicznie. Jeśli chodzi Ci o życie świadome tj. świadome kupowanie i świadome konsumowanie, to praktykuję.
PS Nie jestem nawiedzoną ekolożką i nie zaliczam się do żadnej z wymienionych przez Ciebie grup.
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz