Epidemia EHEC a promocja eko-płynu do mycia warzyw - czyli o granicach przyzwoitości w marketingu eko-produktów i eko-marek

Epidemia EHEC a promocja eko-płynu do mycia warzyw - czyli o granicach przyzwoitości w marketingu eko-produktów i eko-marek"Odkąd na rynek trafiły skażone warzywa, cała Europa zamarła. Tysiące zachorowań, kilkadziesiąt przypadków zgonu, a to wszystko za sprawą ogórków, pomidorów i bakłażanów skażonych bakterią EHEC. Sprawa jest poważna. Ministerstwa Zdrowia kolejnych krajów europejskich, w tym także i Polski, choć dalekie są od siania paniki, to jednak wyraźnie ostrzegają przed tym śmiertelnym zagrożeniem." - czytam w jednym z komunikatów prasowych, który w ostatnich dniach dotarł do naszej redakcji. Z dalszej części dowiaduję się o tym, że zagrożenie jest realne, ale - ogólnie - warzywa są zdrowe i warto je jeść. Komunikat prasowy wieńczą dwa paragrafy zachwalające płyn do mycia sałat, owoców i warzyw marki X, ze stosownym ekocertyfikatem, który jest „najskuteczniejszym sposobem pozbycia się zanieczyszczeń i groźnych bakterii", a przy tym jest naturalny i przyjazny dla środowiska.

Rozumiem, że każda marka (i stojące za nią produkty) - by zaistniały w umyśle konsumenta - muszą korzystać z narzędzi promocyjnych, do których należą działania PR. Ta prawidłowość dotyczy również eko-produktów.

Informacji prasowych dot. różnych produktów i wydarzeń mniej lub bardziej związanych z szeroko pojętą ekologią do naszej redakcyjnej skrzynki trafia codziennie co najmniej kilkanaście, a bywa że i kilkadziesiąt. Są jednak granice przyzwoitości i tzw. dobrego smaku, których - moim zdaniem - produktowi i firmie o profilu ekologicznym przekraczać nie przystoi, i która w tym przypadku została przekroczona. Są to granice ludzkiej tragedii i tzw. żerowania na cudzym nieszczęściu.

Media codziennie dostarczają nowej porcji informacji o kryzysie EHEC - o kolejnych ofiarach, o nowych tropach dotyczących źródła epidemii. W pewnym momencie podejrzenie padło na gospodarstwa ekologiczne w Hiszpanii i Niemczech - jak podał Suddeutschen Zeitung okazały się one jednak nieuzasadnione. Politycy krytykują się wzajemnie a to za sianie paniki, a to za rozpowszechnianie fałszywych oskarżeń, a to za chaos i brak sensownej koncepcji zarządzania kryzysem. Mówi się również o tym, że kryzys EHEC będzie Europę drogo kosztował - rolnicy, który odnotowali straty wystąpią o olbrzymie odszkodowania.

Normalne jest że - w obliczu epidemii - każdy z nas zastanawia się czy jedzenie świeżych owoców i warzyw jest nadal bezpieczne? Jak, nie rezygnując z ulubionych ogórków czy pomidorów, zminimalizować ryzyko zakażenia? Rolą władz i mediów jest rzetelna informacja o podstawowych sposobach zabezpieczenia się przed niebezpieczeństwem, które - de facto - pokrywają się z podstawowymi zasadami higieny: obróbce termicznej owoców i warzyw przed ich spożyciem, dokładnym myciu rąk pod ciepłą wodą, z użyciem środka dezynfekującego przez min. 20 sek., wreszcie o dokładnym myciu warzyw i owoców. Taka informacja została przekazana. I bardzo dobrze.

Zgrzyt czy też niesmak pojawia się, gdy firma PR-owa odpowiedzialna za promocję marki o zdecydowanie pro-ekologicznym profilu wpada na pomysł, że epidemia EHEC to świetna okazja, by wypuścić w świat informację prasową o fantastycznym środku do mycia warzyw i owoców, który świetnie sprawdza się w walce z bakterią. Może uznacie że się czepiam, albo że mam nierealne oczekiwania, ale od firmy, która szczyci się tym, że produkuje środki ekologiczne oczekuję również pro-ekologicznego podejścia do marketingu oraz komunikacji reklamowej i PR-owej. Inaczej mówiąc: mniej „hard sellingu" (kolokwialnie mówiąc: wciskania na maksa) w amerykańskim stylu, korzystając z każdej okazji, a więcej umiarkowania, rozwagi i - zwyczajnie - ludzkiego wyczucia sytuacji. W przypadku płynu do mycia sałat, owoców i warzyw marki X tego zabrakło. I nieistotne jest czy pomysł „podczepienia się" pod kryzys EHEC powstał w firmie X czy też w obsługującej ją agencji PR-owej - pokazuje, że filozofia eko-marki X (a może polskiego importera i dystrybutora eko-marki X?) sprowadza się do strategii „sprzedajmy jak najwięcej, ile się da, gdy tylko się da - każdy pretekst jest dobry".

----------
Zdjęcie: Wikipedia.org/CC

Warto przeczytać:
Wywiad dnia: o eko-konsumentach, eko-trendach i eko-innowacjach rozmawiamy z Bartłomiejem Serafińskim, strategiem marketingowym, właścicielem firmy Touch Ideas.

Poprzedni artykuł Niny Nanni: Energia przyjazna środowisku - czym jest, czym może być i dlaczego tak trudno ją powszechnie wprowadzić.


Komentarze

avatar joasia
0
 
 
nie do końca się tutaj zgodzę. mam wrazenie zbyt czułego podejscia do kwestii promocji. bo na czym polega "ekologiczne" podejście do marketingu? utopijna ta opinia:) tekst rzeczywiscie mocny. ale takie sa realia. i epidemii, i marketingu...
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
avatar NoLogo
0
 
 
Ekologiczne podejście do marketingu to inaczej podejście wpisujące się w szerszy sposób funkcjonowania firmy - odpowiedzialny społecznie i środowiskowo. To zmiana dotycząca zarówno tego, jak definiowane są cele marketingowe, jak i pozostałych kluczowych elementów strategii marketingowej czyli tego, co zrobić, by te cele osiągnąć. Absolutnie nie polega to na tym, że robimy jakąś tam reklamę, w której nasz produkt jest pozycjonowany jako eko czy też jak w przykładzie, o którym mówi artykuł - że wykorzystujemy każdą możliwą okazję, by nasz ekoprodukt wciskać. Na świecie jest poważny kryzys wiarygodności firm - konsumenci zwyczajnie przystają ufać firmom i ich komunikatom - reklamowym, pr-owym, wszelakim. To zwyczajnie dyskredytuje firmę - jej wizerunek, przede wszystkim wiarygodność.
W branży szeroko pojętej komunikacji marketingowej mówi się o tym, że by odbydować tę wiarygodność trzeba zapomnieć o klasycznym marktetingu, a zwłaszcza jego wypaczonej wersji pt. wszystkie chwyty są dobre, by sprzedać na maksa. Klasyczny marketing jest w kryzysie. W USA czy wielkiej Brytanii funkcjonują firmy doradcze i agencje specjalizujące się w marketingu ekologicznym i etycznym bo wymaga on zmiany myślenia, zmiany perspektywy i zmiany funkcjonowania, a także pewnej odwagi ze strony firm - mówię o tych, do których firmy należą i którzy firmami zarządzają.
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
avatar FZ
0
 
 
Kłopot w tym, że większość firm wybiera strategię greenwashingu. Może nie w krajach typu Wielka Brytania, gdzie konsumenci są bardziej świadomi, uczuleni, rozwinięci, itp. i nie dają się wrobić, ale u nas na pewno tak jest.
Pewnie od marketingu nie uciekniemy, ale czy jest on chamski, prostacki i żerujący na krzywdzie i wszelkich możliwych okazjach czy jest etyczny, pro-środowiskowy i wpisujący się w szerszy kontekst pozytywnego współdziałania firmy z jej otoczeniem to zależy przede wszystkim od nas konsumentów, nie agencji reklamowych ani firm. Jeśli czegoś nie kupimy - mówię o produkcie ale też o jego reklamie i promocji, to ten produkt zginie. Proste. Nie kupujmy greenwashingowych produktów o greenwashingowych reklamach.
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
Imię/nick *
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz